„Aquaman” – najlepsza produkcja DC?

Ostatnio DC radzi sobie coraz lepiej w produkowaniu filmów o superbohaterach. Mnie tam łatwo kupić dobrym widowiskiem, ale nawet wybredni fani Marvela, którzy często z kpiną spoglądają na poczynania DC, wypowiadają się z uznaniem o „Aquamanie”, który już został okrzyknięty najbardziej kasowym filmem DC, pobijając nawet sukces „Wonder Woman”. Co takiego „Aquaman” ma do zaoferowania widzom? Oto kilka spostrzeżeń na temat filmu.

Wbrew pozorom nie poszłam na „Aquamana” tylko po to, aby pogapić się na klatę głównego bohatera, choć trzeba przyznać – jest na co popatrzeć  😉  Abstrahując od oczywistych walorów estetycznych aktora, Jason Momoa jest wręcz stworzony do bycia Aquamanem; wypada w tej roli nadzwyczaj naturalnie i przekonująco. Sam bohater to zdecydowanie mój ulubieniec wśród wszystkich superbohaterów DC; jest po prostu cool – naturalny, wyluzowany, troszkę nieokrzesany, miejscami zabawny. Nie tak nadęty jak Batman w wykonaniu Afflecka, ani sztywny jak Superman. To bohater z krwi i kości, z którym chętnie skoczyłoby się na piwko po całym tygodniu pracy, tak jak podczas sceny w barze, która dosadnie podsumowuje charakter tej postaci.

Panowie też mają na czym oko zawiesić. Aquamanowi towarzyszy piękna, czerwonowłosa Mera, która przez większość filmu paraduje w obcisłym i uwydatniającym kształty, zielonym wdzianku. Wcielającej się w tę postać Amber Heard zdecydowanie nie można odmówić urody, jednak po głośnej aferze z Johnnym Deppem jakoś nie pałam do niej sympatią. W „Aquamanie” dobrze odegrała swoją rolę, a sama postać Mery jest ciekawie przedstawiona; [SPOILER ALERT] do momentu, kiedy między nią i Aquamanem dochodzi do pocałunku. Wątek romantyczny jest tutaj strasznie wymuszony, między aktorami wyraźnie nie ma chemii i odnoszę wrażenie, że lepiej by było, gdyby Mera i Arthur pozostali dobrymi przyjaciółmi. Przecież nie w każdym filmie musi dochodzić do pocałunku, prawda?

[SPOILER ALERT] Bardzo podobał mi się wątek rodziców Aquamana – fakt, że latarnik codziennie o wschodzie słońca szedł nad brzeg oceanu wypatrując swojej ukochanej i ten moment, kiedy jego nadzieje po tylu latach wreszcie się spełniają ♥

To, co (oprócz Jasona oczywiście 😉 ) robi ten film, to rozbudowany, wielobarwny i wizualnie dopieszczony świat podwodny. Cała sceneria Atlantydy, jej budowle, koniunktura i bogata fauna sprawiają, że podczas seansu czujemy się jakbyśmy zwiedzali nieznany nam kraj. Opancerzone koniki morskie i rekiny jako orszak wojenny, gromada przepływających nad głowami bohaterów płaszczek, czy też budzące grozę potwory z otchłani, albo Karathen, czyli ogromna bestia strzegąca Trójzębu – wszystko to zachwyca dopracowaniem i epickością. Na uwagę zasługuje także fakt, że w filmie pokazano nie jedną, a kilka humanoidalnych ras, które zamieszkują podwodny świat, co dodaje głębi całemu uniwersum.

Ośmiornica grająca na bębnach podczas pojedynku Aquamana z Ormem tak bardzo mnie ujęła, że postanowiłam poświęcić jej cały osobny punkt. Wyobraźcie sobie jaką zrobiłaby furorę będąc perkusistą w zespole metalowym!

Podoba mi się ekologiczne przesłanie filmu. Czułam dziwną satysfakcję, kiedy zbuntowane podwodne królestwa postanowiły odpłacić ludzkości pięknym za nadobne, wyrzucając na brzeg wszystkie śmieci i nieczystości, które przez lata zatruwały życie oceaniczne.

Jedyne, co można zarzucić „Aquamanowi”, to słaby czarny charakter. Czarna Manta może tylko brzmi groźnie, ale przez większość filmu wzbudza jedynie poirytowanie. Pojawia się czasami, żądny zemsty, gdzieś tam się plącze pod nogami, ale nikt tak na prawdę nie traktuje go poważnie. Nawet srogo brzmiąca muzyka nie ratuje sytuacji – ta postać jest po prostu nudna i zbędna. Na dodatek ma śmieszny kostium – jak ufoludek z kiepskich filmów sci-fi – który totalnie nie pasuje do klimatu „Aquamana”. Już Karathen i potwory z otchłani są bardziej mroczne i niebezpieczne.

Jeśli zastanawiasz się, czy w „Aquamanie” jest scena po napisach, to owszem – jest. Mnie jednak rozczarowała i sprawiła, że kolejny raz podczas oglądania seansu wywróciłam oczami. [SPOILER ALERT] Zdaje się, że jeszcze nie pożegnaliśmy się na dobre z Czarną Mantą; a szkoda.

 

„Aquaman” to po prostu dobra rozrywka. Na ponad dwie godziny przenosi nas do epickiego podwodnego świata, w towarzystwie charyzmatycznego bohatera, którego nie da się nie lubić. Co warte uwagi, przez większość filmu całkowicie zapominamy, że jesteśmy w tym czy innym uniwersum superbohaterów, i najzwyczajniej cieszymy się widowiskiem. Brawo DC, tak to się właśnie robi!

Następnym filmem spod szyldu DC będzie „Shazam” (kwiecień 2019), jednak ten superbohater wydaje mi się kiczowaty i zupełnie nieciekawy, więc raczej nie wybiorę się na niego do kina. A może powinnam dać mu szansę?