Camp Ramah in the Poconos – czyli gdzie teraz mieszkam [FOTORELACJA]

Minął już pierwszy tydzień odkąd mieszkam na Camp Ramah, w samym sercu zielonych gór Poconos w Pensylwanii. Co prawda dzieci jeszcze nie przyjechały na obóz, ale po tygodniu zapoznawczym mamy już ogólne rozeznanie w tym, jak będzie wyglądała nasza praca i życie w tym miejscu.

Nasz camp położony jest w przepięknej okolicy na skraju lasu, tuż nad jeziorkiem, dlatego jest tu bardzo zielono i spokojnie. Nad wodą słychać gęganie dzikich gęsi, a z lasu wychodzą czasem sarny, które zdają się całkowicie nie przejmować obecnością ludzi. Czasami ponoć zaglądają tu także niedźwiedzie, ale nasz dyrektor (który sam wygląda jak niedźwiedź), skutecznie je odstrasza.


Mieszkamy w drewnianym domku 8-osobowym, i chociaż początkowo byłyśmy trochę przerażone warunkami, w których przyszło nam mieszkać, to jednak szybko się tu zadomowiłyśmy. Posprzątałyśmy, pościeliłyśmy łóżka, rozpakowałyśmy rzeczy i zawiesiłyśmy kolorowe lampki świąteczne, aż w naszym domku zrobiło się całkiem przytulnie i teraz czujemy się jak u siebie. Nad łóżkami porozwieszałyśmy sobie moskitiery, które są błogosławieństwem dla tych, którzy nie lubią robali – dzięki nim śpimy spokojnie, bez obaw o to, że ugryzie nas w nocy jakiś robak (albo co gorsza – pająk!)


Ludzie są mega przyjaźni – w większości poznaliśmy się już na lotnisku w Warszawie i razem przeżyliśmy pierwsze wspólne chwile w Ameryce. Na miejscu czekali na nas returnersi, czyli osoby które już kiedyś były na Camp Ramah (niektórzy przyjeżdżają tu od lat!). Returnersi cierpliwie wprowadzili nas w zasady życia na campie, oraz pokazali i powiedzieli wszystko, co musimy wiedzieć. Osoby pracujące na kuchni to w większości Polacy; są też trzy osoby z Meksyku, a szefowie kuchni i managerowie to Amerykanie. Counsellorzy, czyli osoby, które będą opiekowały się dziećmi, przyjechali głównie z Izraela. Wszyscy są mega sympatyczni i otwarci, uśmiechają się i witają za każdym razem, gdy się ich mija. Bardzo dużo osób w Polsce dziwiło się, kiedy mówiłam, że będę pracować na campie żydowskim i szczerze mówiąc nie mam pojęcia, skąd te wszystkie uprzedzenia. Kultura żydowska jest bardzo ciekawa i już w autobusie wiozącym nas na camp dowiedzieliśmy się kilka ciekawych rzeczy od naszych żydowskich kolegów. Przykładową ciekawostką może być fakt, że wszyscy w Izraelu, niezależnie od płci, w wieku 19 lat odbywają dwuletnią służbę wojskową. Kilka dni temu mieliśmy także okazję obserwować szabat, który zaczyna się w piątek wieczorem i kończy następnego dnia, również na wieczór. Szabat rozpoczyna się modlitwą, śpiewami i tańcem przed kolacją – wszyscy obejmują się wtedy i kołyszą w rytm śpiewu. To bardzo ładna tradycja. Co prawda denerwujący jest fakt, że podczas szabatu nie można korzystać z elektroniki (dlatego musimy się chować z telefonami!), ale całokształt robi przyjemne wrażenie. Szczególnie doceniają to Amerykanie – nasz manager Mike wyznał podczas jednego ze swoich motivation speech, że Amerykanie zatracili gdzieś tę piękną tradycję jedzenia wspólnych posiłków, dlatego bardzo cieszy go, kiedy siadamy razem przy stole.

Jeśli chodzi o jedzenie, to już się nie dziwię, dlaczego Amerykanie są tacy grubi. Wszystko jest tu albo słodkie, albo tłuste, a na pewno mega przetworzone. Pamiętam jak pierwszego dnia ucieszyłam się, gdy zobaczyłam jajko – pomyślałam wtedy, że nie będzie tak źle, i że na pewno będzie dało się wybierać jakieś zdrowsze jedzenie. Moje nadzieje niestety szybko legły w gruzach – okazało się, że nawet jajka przychodzą pakowane masowo w workach wypełnionych obleśną zielonkawą zalewą, a na dodatek są całkowicie bez smaku. Tak samo z tuńczykiem, który jest codziennie do wyboru na śniadanie – niestety, zdrowa i smaczna ryba wymieszana jest z tuczącym majonezem. We wszystkim czuć chemię, a mięso, frytki i pizza obciekają tłuszczem. Najgorszy jest fakt, że większość tych rzeczy jest jednak bardzo smaczna, a my, pracując w kuchni, mamy do nich stały dostęp. Miejscem najczęstszych odwiedzin jest jednak bakery, skąd możemy nieustannie podbierać owoce i… ciasteczka. Przepyszne, kruszone ciasteczka z czekoladą w środku. Są tak dobre, że jak już się skusisz, to na jednym nie przestaniesz. Smaczniejsza od nich jest chyba tylko szabatowa babka czekoladowa. Tutaj wręcz nie da się zdrowo jeść. Jedynym rozwiązaniem byłoby jedzenie samej sałaty, warzyw i owoców, a to i tak nie jest do końca zdrowe, bo wszystko to GMO.


Praca na kuchni jest wbrew pozorom bardzo wesoła – mamy świetną ekipę, a w tle ciągle gra muzyka. Przez cały pierwszy tydzień jesteśmy wdrażani w to, co będziemy robić, gdy już przyjadą dzieci – wtedy dopiero zacznie się prawdziwa robota. Do naszych obowiązków należą wszelkie drobne prace kuchenne: krojenie, wystawianie posiłków, zanoszenie, mycie, odkładanie na miejsce, pomoc kucharzom. W ciągu dnia mamy przerwy, które spędzamy głównie w strefie WiFi i na pogaduszkach. Wieczorami chodzimy na siłownię, żeby spalić to całe amerykańskie jedzenie. Są też organizowane różne zajęcia integracyjne: wczoraj mieliśmy talent show, a jak przyjadą już dzieci, to będziemy mieli możliwość uczestnictwa w zajęciach z zumby. Poza tym, co 10 dni mamy day offy, kiedy możemy na cały dzień opuścić teren campu i zwiedzać okoliczne miasta.

Jutro przyjeżdżają już dzieci na campa, więc roboty pewnie będzie o wiele więcej. Postaram się napisać coś niebawem, po naszym pierwszym day-offie. Trzymajcie się ciepło!