Nasza ukraińska majówka, czyli CZARNOBYL 2017 [FOTORELACJA]

Gdyby zapytać o skojarzenia związane z długim weekendem majowym, większość przywołałaby w  myślach słońce, ogródek, skwierczące na grillu mięso i kufel piwa, którymi raczyć się można w spokoju, korzystając z  tych niezmąconych chwil relaksu. I oto pojawiamy się my – sześć osób, które postanowiło przełamać konwenanse i spędzić majówkę nigdzie indziej, jak u naszych wschodnich sąsiadów… w CZARNOBYLU.

Nasza przygoda zaczęła się w piątek 28 kwietnia o 14:15, kiedy gotowi na solidną porcję wrażeń wsiedliśmy do Pendolino mającego przetransportować nas z Gliwic do Warszawy. Podróż minęła przyjemnie i, przede wszystkim, niesamowicie szybko, bo już po trzech godzinach byliśmy w stolicy. Wyjazd w kierunku Ukrainy mieliśmy zaplanowany dopiero na 21:00, dlatego w międzyczasie postanowiliśmy odwiedzić jeden z warszawskich pokoi zagadek. Padło na pokój o nazwie… uwaga, uwaga – Czarnobyl! W ciągu 60 minut mieliśmy wydostać się z czarnobylskiego pokoju, aby nie zginąć na skutek promieniowania, rozwiązując po drodze szereg zagadek. Wystrój pokoju pozostawiał trochę do życzenia, nie do końca spełniał nasze oczekiwania odnośnie atmosfery i klimatu, ale zagadki były ciekawe i udało nam się wydostać, prawie pobijając rekord (zabrakło nam 2 minut!).

O 21:00 wyruszyliśmy busem spod Pałacu Kultury w kierunku Dorohuska – granicy polsko-ukraińskiej. Po drodze dostaliśmy od organizatorów szczegółowy plan wycieczki wraz z krótkim, praktycznym przewodnikiem, z którego mogliśmy dowiedzieć się podstawowych informacji  o Ukrainie, Kijowie i Strefie Czarnobylskiej; dodatkowo, w przewodniku zamieszczone były przydatne mapki, cyrylica, mini-słowniczek oraz gastronomiczne wskazówki odnośnie tego, co warto skosztować na Ukrainie. Granicę minęliśmy w środku nocy, całkowicie zaspani i ledwo żywi. Po raz kolejny obudziliśmy się dopiero nad ranem, na przerwę śniadaniową, podczas której mieliśmy możliwość skosztowania polecanego przez nasz przewodnik omleta na bekonie. Wtedy też po raz pierwszy miałam styczność z językiem ukraińskim, który jest dosyć przyjemny dla ucha. Ponieważ ukraiński jest bardzo podobny do polskiego, na Ukrainie lepiej porozumiewać się po polsku, tym bardziej, że niewielu Ukraińców posługuje się językiem angielskim, a używając języka polskiego i gestykulacji, spokojnie można się dogadać.

Nasza trasa biegła dalej przez tereny bardzo słabo zaludnione. Mieliśmy możliwość przyjrzenia się ukraińskiemu krajobrazowi, który obfituje w pola, łąki i lasy. Powszechny był widok rolników, którzy własną pracą fizyczną nawozili i orali pola. Wszelkie maszyny rolnicze były raczej rzadkością, podobnie jak samochody, które, jeśli już je mijaliśmy, należały raczej do starych modeli, których na naszych ulicach już się nie zobaczy.

W końcu dotarliśmy do Kijowa. Stolica Ukrainy sprawia wrażenie, jakby czas zatrzymał się w latach 90-tych – szare blokowiska, odrapane i opuszczone budynki, szkielety niedokończonych budowli; niedługo później dowiedziałam się od naszego lokalnego przewodnika, Włodji, że te budowle zostały zaczęte, ale z powodu presji politycznych, inwestorzy uciekli i wiele budynków pozostało niedokończonych. Koloru miastu nadają mijane co jakiś czas cerkwie prawosławne, najczęściej z pozłacanymi kopułami, ale niektóre także z ciekawie barwionymi ścianami. Samochodów w Kijowie jest troszkę więcej niż w mijanych po drodze miejscowościach, ale jak na stolicę i tak mało, a wiele z nich to starocie. Na drogach zobaczyć można równie stare autobusy, jak i dość popularne trolejbusy. Uderzył nas także fakt, że jak na stolicę kraju, ludzi jest tu dość niewielu, nie ma tłumów przemierzających zatłoczone ulice, ani zgiełku typowego dla wielkich miast. Mimo to, w Kijowie działają aż trzy linie metra [porównaj z Warszawą].

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od kompleksu muzeum II wojny światowej – olbrzymiego placu położonego na wzniesieniu, na którym znajduje się wiele czołgów, samolotów i innych wozów militarnych z czasów II wojny światowej. Zadziwiający jest fakt, że na te eksponaty bez problemu można się wspinać, co jest wielką gratką dla dzieci. Nieopodal muzeum stoi kolosalny posąg Matki Ojczyzny, górujący nad Kijowem, oraz pomniki upamiętniające bohaterów walczących o Kijów. Ze wzniesienia podziwiać można także panoramę miasta.

Następnie skierowaliśmy się do Ławry Peczerskiej – kompleksu cerkwi prawosławnych, będących kolebką słowiańskiego prawosławia i jednocześnie obiektem światowego dziedzictwa UNESCO. Klasztory wręcz onieśmielają swym wnętrzem, bogatym w liczne złote zdobienia i ornamenty. Tutaj muszę zaznaczyć, że bardzo mi się podoba podejście Ukraińców do wszelkich reguł i zasad. Jak to powiedział nam Włodja: zdjęć robić niby nie można, ale róbcie, a jak was upomną to pójdźcie gdzie indziej i róbcie dalej 😉 Ostatnim punktem zwiedzania tego dnia był monument upamiętniający ofiary Wielkiego Głodu na Ukrainie wraz z pomnikiem małej dziewczynki. W latach 1932-33 ZSRR wprowadziło na Ukrainie przymusową kolektywizację rolnictwa, zabierając rolnikom większość tego, co udało im się wyprodukować. Doprowadziło to do klęski głodowej, podczas której dochodziło nawet do aktów kanibalizmu, dlatego rodzice bali się wypuszczać dzieci z domów (bywało, że dzieci znikały bez śladu). Wielki Głód pochłonął łącznie ok. 4 miliony istnień na samej Ukrainie, co w historii tego kraju jest większą tragedią niż II wojna światowa.

Po poświęceniu kilku chwil na podziwianie panoramy Kijowa, udaliśmy się na obiad. Kuchnia ukraińska jest bardzo smaczna i solidna; właściwie to jest dosyć podobna do kuchni polskiej. Wśród typowych ukraińskich potraw znajdziemy barszcz ze śmietaną, solankę, pierogi z rozmaitym farszem, placki ziemniaczane, gołąbki i kombinacje różnych mięsiw z ziemniakami i warzywami. Brzmi znajomo? Ogólnie, kuchnia ukraińska opiera się w dużej mierze na ziemniakach, czy to w formie podstawowej, czy też jako frytki lub purée. Dość zaskoczeni byliśmy typowo ukraińskim śniadaniem, które często serwowane jest w formie ciepłej: owsianka na mleku, jajecznica, omlet, risotto, czy też klopsiki ryżowe – większość opcji śniadaniowych była na ciepło, chociaż można było też wybrać zestaw surówek albo kanapki. Z jakiegoś powodu, Ukraińcy przepadają za kompotem z suszonych śliwek – jest do wyboru zawsze i wszędzie, a my pierwszego dnia mieliśmy nieprzyjemność pomylić go z sokiem jabłkowym.

Wieczorem mieliśmy zaplanowany rejs statkiem po Dnieprze – jednej z najdłuższych rzek w Europie. W porównaniu z naszymi polskimi rzekami, Dniepr jest dosyć szeroki, a przy tym bardzo piękny. Delikatne fale wprawiały statek w lekkie kołysanie, co było bardzo przyjemne i uspokajające. Podczas rejsu mieliśmy czas na odpoczynek, relaks i integrację grupową. Rozmawiając wesoło i pijąc piwo z plastikowych kubeczków, odkryliśmy też najsmaczniejszą przekąskę na całej Ukrainie – bekonowe orzeszki firmy BigBob! Jeśli kiedykolwiek odwiedzisz Ukrainę, koniecznie skosztuj tych orzeszków – to istne niebo w gębie!

 Nastał nowy dzień i wreszcie nadszedł czas na główny punkt naszej wycieczki – wyjazd do Strefy! W konsekwencji wybuchu w elektrowni jądrowej, który miał miejsce 26 kwietnia 1986 roku (31 lat temu), wysiedlone zostały trzy miasta: Prypeć, Czarnobyl, oraz Czarnobyl-2, a także ponad 90 okolicznych wiosek. Łącznie, z terenów skażonych wysiedlono ok. 120 tysięcy osób, które w pośpiechu pozostawiły cały swój dobytek w przekonaniu, że opuszczają domy rodzinne tylko na kilka dni (władze chciały uniknąć paniki, dlatego utrzymywały taką właśnie wersję). Wśród tych osób znaleźli się i tacy, którzy nie potrafili zadomowić się w nowym miejscu i szybko wrócili do Strefy, gdzie niebawem umarli na skutek zbyt dużej dawki promieniowania. Cóż się dziwić, ludziom w Prypeci żyło się dobrze – było to nowoczesne jak na ówczesne standardy miasto, robotnicy łatwo mogli dostać tam mieszkanie, dzieci chodziły do szkół i bawiły na placach zabaw; był basen i wesołe miasteczko, a średni wiek mieszkających tam ludzi wynosił nieco ponad 30 lat. Żyć nie umierać. Szkoda tylko, że po tym niegdyś tętniącym życiem mieście dzisiaj pozostały tylko ruiny.

Wyposażeni w dozymetry (przyrządy służące do mierzenia promieniowania) ruszyliśmy przez zarośla porastające opuszczone miasto Prypeć. Otaczała nas grobowa cisza i stare, odrapane blokowiska zarośnięte drzewami. Gdzieniegdzie pozostawione były rzeczy codziennego użytku – jakaś wanienka, wózek, czy dziecięca zabawka. Naszym pierwszym celem był 16-piętrowy blok, z którego dachu roztacza się widok na całą okolicę. Doskonale widać stamtąd, jak blisko elektrowni jądrowej znajduje się miasto Prypeć (na zamieszczonym poniżej filmiku, elektrownia to ta kopulasta budowla z tyłu). W oddali widać także ogromny radziecki radar, Oko Moskwy.

Miejsce, które zrobiło na mnie największe wrażenie w Prypeci, to przedszkole i szkoła podstawowa. W całkowicie zniszczonych i odrapanych pokojach porozrzucane były lalki i inne zabawki powykręcane w dziwacznych pozach. Koło zdewastowanych szafek leżały malutkie buciki. Miniaturowe stoliki i poustawiane dookoła nich krzesełka sprawiały wrażenie, jakby siedziały na nich duchy uczących się tam niegdyś dzieci. W pomieszczeniu pielęgniarki wciąż znaleźć można było powywracane fiolki z lekarstwami. Idąc dalej korytarzem, natknęliśmy się na pokój pełen starych elementarzy, ale chyba najbardziej szokujące było pomieszczenie wypełnione całą górą dziecięcych masek gazowych.

Pomimo wszechobecnego socrealizmu, mam wrażenie, że Prypeć była niegdyś bardzo kolorowym miastem. Place zabaw wypełnione śmiechem dzieci, malowidła naścienne, czy mozaiki tworzone przez artystów specjalnie dla tego miejsca nadawały mu barw. Nie zapominajmy, że w Prypeci zbudowano także wesołe miasteczko, z charakterystycznym diabelskim młynem, który stał się wizytówką Strefy Czarnobylskiej. Ciekawostką jest, że nikt z mieszkańców Prypeci nigdy nie miał okazji skorzystania z parku rozrywki, ponieważ miał on być oddany do użytku publicznego 1 maja 1986 roku, kiedy miasto było już opuszczone.

Po zwiedzeniu najciekawszych miejsc w Prypeci, przetransportowaliśmy się do Czarnobyla, prosto pod miejsce katastrofy. Wiele osób pytało mnie, czy można w ogóle zbliżyć się do miejsca wybuchu – owszem, można. Pod koniec zeszłego roku ukończono pracę nad Nowym Sarkofagiem – kopulastą budowlą, która stanowi osłonę przed materiałem radioaktywnym zalegającym we wnętrzu starego reaktora. Co ciekawe, pod Nowym Sarkofagiem nasze dozymetry pokazywały jedynie 3,5 μSv (mikrosiwertów), przy czym promieniowanie naturalne to przedział 1 – 1,5 μSv. To niedużo, biorąc pod uwagę, że niektóre miejsca, na których bezpośrednio znajdowały się kiedyś materiały radioaktywne, wykazywały nawet 50 μSv. Takich miejsc jest jednak niedużo, poza tym przy rozważaniach dotyczących wpływu promieniowania na organizm, ważny jest też czas ekspozycji danego organizmu na promieniowanie. Dowodem na to, że wjazd do Strefy nie spowoduje, że wyjedziesz stamtąd napromieniowany, jest obecność wielu bezpańskich psów i kotów, które żyją sobie na terenie Czarnobyla w formie niezmutowanej.  W lasach można spotkać także konie Przewalskiego, sprowadzone na tereny Strefy, aby zapobiegały pożarom poprzez wyjadanie suchej trawy. Dla niedowiarków zamieszczam poniżej zdjęcie, na którym przechodzę przez bramki mierzące radioaktywność – gdybym była radioaktywna, bramki nie otworzyłyby się i z pewnością nie opuściłabym Strefy tak łatwo. Po przejściu kontroli na promieniowanie, posililiśmy się w czarnobylskiej stołówce, mogliśmy się zatem poczuć jak pracownicy elektrowni, którzy tam właśnie jedli posiłki.


 Ostatnim przystankiem na naszej trasie był Czarnobyl-2, strefa, gdzie znajduje się Oko Moskwy (Duga), ogromny radziecki radar służący do wykrywania pocisków nuklearnych nadlatujących w kierunku ZSRR (zdjęcie w żadnym stopniu nie odzwierciedla monumentalności tej konstrukcji). Radar został wycofany z użytku w 1988 roku, kiedy stwierdzono, że i tak nie będzie działał ze względu na zbyt wysokie promieniowanie. Mimo to, ta ogromna konstrukcja wciąż budzi  podziw.

 Strefę opuściłam z obolałymi nogami po całym dniu chodzenia, oraz z ogromnym ładunkiem niezapomnianych i niezastąpionych wrażeń. Może to nieco ironiczne, co napisze, ale uwierzcie mi, że żadne zdjęcia, ani żadne relacje nie oddadzą tego niesamowitego klimatu charakterystycznego dla Strefy i jej opuszczonych miast, których budynki pamiętają tragedię sprzed 30 lat.

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i w mgnieniu oka nadszedł ostatni dzień naszej ukraińskiej przygody. Tego dnia zaczęliśmy zwiedzanie od Pałacu Prezydenckiego i Parlamentu. Ponieważ był 1 maja, czyli Święto Pracy, mieliśmy okazję zobaczyć liczne protesty ukraińskich organizacji. Spacerując dalej po Kijowie, minęliśmy stadion Dynamo Kijów (najbardziej utytułowany klub piłkarski Ukrainy) i przeszliśmy przez Most Zakochanych, na którym tradycyjnie poprzypinane były kłódki, i na którym dochodzi do wielu zaręczyn. Warto podkreślić, że podczas rewolucji na Majdanie w 2014 roku, most ten został spalony, gdyż to właśnie tam doszło do najostrzejszych starć między milicją a wzburzonym tłumem zmierzającym w stronę głównych budynków władz. Mijając piękny budynek Teatru Lalek, dotarliśmy do placu, na którym stoi Pomnik Przyjaźni Narodów, przedstawiający dwóch panów pod tęczą i symbolizujący przyjaźń ukraińsko-rosyjską. Mając na względzie obecną sytuację polityczną między tymi dwoma państwami, pomnik jest mało aktualny, dlatego Ukraińcy szydzą, że jest to pomnik przedstawiający dwóch gejów.

Następnie skierowaliśmy się w stronę barwnego placu św. Zofii, gdzie znajduje się Sobór Mądrości Bożej (cerkiew) oraz pomnik Bogdana Chmielnickiego, przywódcy powstania kozackiego i bohatera Ukrainy. Tam wspięliśmy się na dzwonnicę, ze szczytu której mogliśmy podziwiać panoramę Kijowa. Plac zyskuje barw dzięki porozstawianym tam pisankom zdobionym w najróżniejsze wzory. Tam też odpoczęliśmy chwilę, racząc się z Włodją miodem pitnym zakupionym i produkowanym w pobliskim monastyrze  😉

Ostatnim przystankiem na naszej trasie był Majdan – główny plac Kijowa, który od czasu zamieszek z 2014 roku traktowany jest przez Ukraińców jako jeden wielki cmentarz. Włodja opowiedział nam historię rewolucji na Majdanie z punktu widzenia osoby, która brała w niej udział, co było tym bardziej poruszające. Bezpośrednią przyczyną rewolucji była chęć społeczeństwa ukraińskiego do zmian i rozwoju. Ukraińcy liczyli, że przystąpienie do Unii Europejskiej zapewni im tak bardzo pożądany postęp, jednak prezydent Wiktor Janukowycz nie podpisał umowy z Unią. W ramach protestu, ludzie zaczęli wychodzić na Majdan, aż w końcu na placu zebrał się całkiem pokaźny tłum. Napięcia społeczne doprowadziły ostatecznie do starć między tłumem i milicją; zapoczątkowało to efekt domina, którego skutkiem była śmierć prawie 130 osób, z których najmłodsza miała 17 lat, a najstarsza ponad 80. Wydaje się niedużo? Cóż, pamiętajmy, że ta sytuacja nie miała miejsca dawno temu, w odległym kraju, ale trzy lata temu, u naszych wschodnich sąsiadów, którzy, podobnie jak my teraz, czuli się całkiem bezpieczni w swoim mieście i wiedli normalne, spokojne życie. Wiktor Janukowycz został ostatecznie obalony i musiał uciekać z kraju; mimo to, Ukraina wciąż znajduje się pod presją, w politycznie nieciekawej sytuacji.

Wycieczka na Ukrainę pozostawia bardzo ciepłe wspomnienia w moim sercu. Przede wszystkim, nie czułam się tam obco – może to kwestia podobnej kultury i języka, może to życzliwe i otwarte podejście Ukraińców, którzy mają bardzo podobną mentalność do Polaków, z tą różnicą, że w momencie, kiedy Polak się wnerwia, Ukrainiec ma po prostu wszystko gdzieś  😉

Ukraina to nie Francja elegancja, ani żaden inny rozwinięty i nowoczesny kraj europejski, ale ma swój urok, a swoją prostotą sprawia, że człowiek czuje się tam jak u siebie w domu. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będę miała okazję tam wrócić i jednocześnie oficjalnie postanawiam, że następnym razem, zanim wybiorę się do jakiegoś słowiańskiego kraju, nauczę się cyrylicy. Trzymajcie mnie za słowo!