Death Note w wersji Netlixa – świeże podejście, czy gniot?

Próbowałam nie nastawiać się w żaden sposób do Netflixowej wersji „Notatnika Śmierci”, chociaż szczerze mówiąc, jako wielka fanka mangi i anime, na których wzorowali się twórcy tej produkcji, byłam zaciekawiona i podekscytowana. No bo przecież Netflix stać na wiele. I muszę przyznać, że oglądało się nawet przyjemnie – późnym wieczorem, po wypiciu amerykańskiego odpowiednika taniego jabola. Jednak po skończeniu seansu, zaczęłam zastanawiać się nad tym, co zobaczyłam.

Moim zdaniem Netflix strzelił sobie w kolano tym, że na siłę chciał podciągnąć tę produkcję pod mangę i animę. Może gdyby wydarzenia z filmu były przedstawione jako osobna historia, z zupełnie innymi bohaterami, wyszłoby to nieco lepiej. A tak, to niby mamy te same postaci i główną linię fabularną, ale wszystko jest maksymalne spłycone, tak żeby przypadkiem nie trzeba było wysilać mózgu. Mamy więc głównego bohatera, Lighta Turnera – studenta, który znajduje Notatnik Śmierci. Jak się okazuje, osoba, której imię i nazwisko zostaną wpisane do Notatnika, umrze. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wspólne cechy filmu i japońskiego pierwowzoru. A szkoda. Co więc poszło nie tak? Hmmm, od czego by tu zacząć…

Po pierwsze, dobór aktorów i główni bohaterowie. Najwięcej kontrowersji wzbudza osadzenie czarnoskórego aktora, Lakeitha Stanfielda, w roli detektywa o pseudonimie L, który w japońskim pierwowzorze jest białym jak prześcieradło nerdem z podkrążonymi od niewyspania oczami. Żeby nie było, nie mam nic do czarnoskórych i z autopsji wiem, że są z nich całkiem fajne ziomki. Nie mam też nic przeciwko częstszemu obsadzaniu ich w amerykańskich produkcjach. Ale są jednak jakieś granice. Przykładowo w „Rogue One” jeden z głównych bohaterów jest czarnoskóry. I to jest całkowicie w porządku. Ale kiedy czarnoskóry aktor gra jednego z bogów nordyckich, jak to miało miejsce w „Thorze”, to jednak coś mi zgrzyta. Tak samo w przypadku „Notatnika Śmierci”. Moim zdaniem, wciskanie tu na siłę czarnoskórego aktora jest niczym innym, jak przejawem nadmiernej poprawności politycznej (z całym szacunkiem dla aktora).

Prawdę powiedziawszy ciężko jest mi się wypowiedzieć na temat gry aktorskiej. Dlaczego? Otóż byłam zbyt poirytowana tym, jak bardzo zniszczono główne postaci, które w mandze i anime są przecież skomplikowane i wielowymiarowe. W japońskim pierwowzorze mamy do czynienia z dwoma geniuszami – nadmiernie ambitnym studentem, chcącym odmienić świat, wypleniając z niego całe zło, oraz najlepszym na skalę światową detektywem, gotowym położyć swoje życie na szali w imię sprawiedliwości. Manga i anime serwują nam całą sieć intryg i emocjonującą walkę pomiędzy dwoma genialnymi umysłami, co wzbudza napięcie i powoduje, że ciężko oderwać się od przedstawionej historii. Tego wszystkiego brakuje w filmowej adaptacji. Light, zamiast genialnym studentem, jest najzwyczajniej ciamajdą i niedojrzałym chłopcem, bawiącym się Notatnikiem jak zabawką, gotów porzucić ją przy najbliższej okazji. Nie mniej rozczarowujący jest L, któremu brakuje jakichkolwiek cech geniusza, a nawet i detektywa – nie jest opanowany, działa impulsywnie zamiast przemyśleć wszystko na spokojnie i jakoś tak za dużo wrzeszczy, jak jakiś narwaniec. Gwoździem do trumny w kreacji bohaterów jest postać żeńska, odpowiednik oryginalnej Misy, która tutaj, zamiast naiwnej i zakochanej po uszy dziewczyny, jest główną manipulantką. Co więcej, jest na tyle „cwana”, że pokonuje agentów FBI paralizatorem. Trochę słabe, nie? Jedyną dobrze zbudowaną postacią jest Ryuk, w którego rolę wcielił się Willem Dafoe i przyznam, że chyba nikt nie zagrałby Ryuka lepiej. Dafoe świetnie odnajduje się w roli przebiegłego boga śmierci, szczególnie jeśli chodzi o modulację głosu – serio, mogłabym go słuchać godzinami! Szkoda tylko, że w filmowej adaptacji poświęcono mu tak mało czasu ekranowego i uwagi.

Po drugie, brak logiki i nieścisłości w fabule. Co prawda akcja toczy się szybko, przez co film nie przynudza, jednak dzieje się to kosztem wielu niedociągnięć i błędów w fabule. Za mało czasu poświęcono głównym bohaterom, którzy przez to są strasznie jednowymiarowi. Za mało skupiono się też na samym Notatniku i jego pochodzeniu, a przecież do rozwinięcia był cały świat bogów śmierci i niesamowicie ciekawa postać Ryuka, zepchnięta tutaj na dalszy plan. Szybka akcja, brak dokładnego wglądu w bohaterów i rozwinięcia niektórych ważnych fabularnie wątków powodują, że dla widza nieznającego całej historii „Death Note’a”, film może wydawać się chaotyczny i miejscami nielogiczny.

Brak logiki to kolejna wada nowej produkcji Netflixa. Ogólnie film jest fabularnie słaby i nie trzeba być specjalnie wnikliwym, aby wyłapać błędy zarówno w fabule, jak i w scenariuszu. Przykładowo L, który w jednej scenie wypiera się używania broni, w kolejnej gania za Lightem, wymachując pistoletem na prawo i lewo. Jeszcze bardziej idiotyczne jest paradowanie Lighta po szkole z Notatnikiem, jak gdyby nigdy nic pokazując go pierwszej lepszej lasce. [SPOILER] Albo scena, w której Light wpisuje w Notatnik pseudonim Watariego, co nie powinno zadziałać (bo w takim razie bez problemu mógłby wpisać też pseudonim L). Poza tym, Notatnik nie daje posiadaczowi możliwości rozkazywania osobie, której imię i nazwisko (tutaj pseudonim) zostały wpisane, a jedynie prawo do decydowania o jej śmierci. [/SPOILER] Błędów logicznych i nieścisłości jest niestety sporo. Dużo jest też scen naciąganych, jak np. śmierć szkolnego chuligana, czy też cała scena z diabelskim młynem, rodem z filmu „Oszukać przeznaczenie”. Nie wspominając o całym beznadziejnym wątku miłosnym i „potędze miłości”.

Nie uważam się za żadnego znawcę kina, ani nawet za specjalnie wymagającego widza. Wręcz przeciwnie, dosyć łatwo mnie uszczęśliwić. Netflixowy „Notatnik Śmierci” oglądało mi się nijak: czas zleciał całkiem przyjemnie, jednak jako fanka mangi i anime czuję się rozczarowana, a nawet nieco oszukana. Czy poleciłabym ten film osobom, które nie znają japońskiego pierwowzoru? Nie jestem pewna, czy warto poświęcić czas na film, który ma tak dużą ilość błędów w fabule i scenariuszu. O wiele bardziej poleciłabym włączyć pierwszy odcinek oryginału i dać szansę wersji animowanej. No, chyba że szukacie odmóżdżającej papki na noc – w tym wypadku ten film się sprawdzi. Przynajmniej nie będzie szkoda, jeśli w pewnym momencie uśniecie.