„Doktor Strange”, czyli historia bardzo DZIWNEGO doktora

Jak już ostatnio wspominałam, filmy o superbohaterach przeżywają obecnie szczyt popularności. Ich najwięksi producenci, czyli Marvel i DC, zażarcie rywalizują ze sobą, rzucając na filmową szachownicę kolejne pionki. Ostatnie zagranie należało do studia DC, które sprytnie wykonało ruch swoją królową Harley Quinn (Suicide Squad), zdobywając tym samym rzeszę fanów. Wreszcie przyszła kolej na studio Marvel, które odpowiada przeciwnikowi rzucając do gry równie silny pionek – Doktora Strange’a. Dla lepszego wglądu w sytuację na arenie filmów o superbohaterach, przyjrzyjmy się bliżej najnowszej produkcji Marvela.

O czym jest Doktor Strange?

Doktor Stephen Strange to utalentowany neurochirurg, charakteryzujący się genialnym i otwartym umysłem, popularnością, ale także i brawurą. Jego życie zmienia się diametralnie, kiedy ulega wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego traci sprawność w rękach. Gdy wszelkie znane medycynie metody na przywrócenie sprawności zniszczonych nerwów zawodzą, zdesperowany lekarz odwołuje się do metod niekonwencjonalnych. W tym celu wyrusza do Nepalu, gdzie w świątyni Kamar-Taj poznaje tajniki mistycyzmu, świata astralnego i magii, oraz przygotowuje się do walki ze starożytnymi, mrocznymi siłami, które chcą zawładnąć światem.

Mocne strony

Sama postać Doktora Strange’a jest dość osobliwa i wnosi pewien powiew świeżości do uniwersum Marvela – zamiast umięśnionego osiłka, mamy oryginalnego bohatera o wielkiej sile umysłu, mogącego na dodatek wychodzić z ciała, otwierać portale czasoprzestrzenne, przenosić się do równoległego świata astralnego i manipulować czasem. Zamiast patetycznych przemówień przeplatanych płytkimi żartami mającymi uchodzić za zabawne, mamy elokwencję i wyważone, często ironiczne poczucie humoru. I to jest to! Co prawda w filmie nie brakuje scen walki, jednak główną bronią Doktora jest siła umysłu i zdolność manipulowania czasem, co bardzo wyróżnia go na tle innych superbohaterów. Jeśli chodzi o odtwórcę głównej roli, to muszę przyznać, że nie byłam do końca przekonana, czy Benedict Cumberbatch nadaje się na superbohatera. Jeszcze zanim obejrzałam Doktora Strange’a wiedziałam, że jego gra aktorska jest na wysokim poziomie, znając go głównie jako serialowego Sherlocka. Aktor rozwiał jednak moje wszelkie wątpliwości, idealnie wpasowując się w rolę zarówno brawurowego chirurga, zdesperowanego człowieka usilnie szukającego jakiejkolwiek nadziei, jak i wreszcie potężnego maga walczącego z siłami ciemności. Swoją drogą zastanawiające jest, czy Cumberbatch specjalnie dobiera sobie role geniuszy? 😉 W gwiazdorskiej obsadzie, poza Cumberbatchem możemy oglądać także uroczą Rachel McAdams, Madsa Mikkelsena, oraz wspaniałą brytyjską aktorkę, Tildę Swinton. Przy tego typu produkcji nie sposób nie wspomnieć o efektach specjalnych, które tworzą scenerię i klimat filmu. Kalejdoskopowy świat w równoległym wymiarze, rozsuwające i zespalające się na przemian w różnych kombinacjach budynki i ściany, pełna abstrakcji przestrzeń kosmiczna opanowana przez przedwieczne istoty, wychodzenie z ciała, i wreszcie sama manipulacja czasem – wszystko przedstawione w wizualnie piękny, dokładnie dopracowany sposób. Idealnie dopasowana muzyka doskonale spaja całość i summa summarum wychodzi nam jeden z lepszych i najbardziej klimatycznych filmów osadzonych w uniwersum Marvela.

Słabe strony

To, czego brakowało mi w Doktorze Strange’u, to silny i charyzmatyczny antagonista. Jest niby Dormammu, uosobienie czystego zła chcącego zawładnąć światem. Dormammu z wielką trwogą wspomniany jest parę razy przez głównych bohaterów, jednak ostatecznie widzimy go tylko w kulminacyjnej scenie, w której wypada jakoś tak nijako. Więcej czasu ekranowego poświęcono zdradzieckiemu czarnoksiężnikowi, Kaeciliusowi, z którym Doktor Strange nie raz musiał się zmierzyć. Nie do końca wiem, co poszło nie tak w kreowaniu tej postaci, gdyż wcielił się w nią wspaniały aktor, Mads Mikkelsen. W większości scen widzimy go jednak, jak szarżuje do przodu z jedną i tą samą groźną miną, co uważam za totalnie niewykorzystany potencjał Mikkelsena. Skoro już jesteśmy przy Kaeciliusie to muszę przyznać, że nielogiczne było dla mnie to, z jaką łatwością Doktor Strange, który był przecież nowicjuszem, poradził sobie z opanowaniem sztuk mistycznych na tyle, aby móc się mierzyć z byłym mistrzem świątyni. Racja, Doktor był bystry i zdolny, jednak tak szybkie dojście do perfekcji w sztuce, którą uważał za nonsens, było dosyć naciągane. Za równie naciągany uważam sposób, w jaki Strange ostatecznie pokonał prastare bóstwo, jednak trzeba przyznać, że jego gest był wielki, a tekst Dormammu, I’ve come to bargain stał się kultowy i na stałe wpisał się do kanonu filmowych cytatów.

Znalezione obrazy dla zapytania dormammu i've come to bargain

Z całkowitą pewnością stwierdzam, że Doktor Strange to jeden z lepszych filmów o superbohaterach ostatnich czasów. Oryginalny, bystry i niebywale charyzmatyczny bohater, którego nie da się nie lubić, wyważone poczucie humoru, świetny klimat i ponad wszystko niesamowite efekty specjalne to elementy wyróżniające najnowszą produkcję Marvela. Początkowo dziwiłam się, że studio postanawia znieść Iron Mana na dalszy plan i uczynić Doktora przywódcą Avengersów, jednak po zapoznaniu się z tym bohaterem jestem bardzo ciekawa, co z tego wszystkiego wyniknie.

Ostatecznie Doktor Strange otrzymuje ode mnie 8/10 loczków:

A co Wy sądzicie o najnowszej produkcji Marvela?

  • Zdecydowanie popieram ocene, 8/10 sam dalem na filmwebie 🙂 Swietne przedstawienie nowej postaci w uniwersum i ogolnie bardzo dobry film. No i ta finalowa walka… 😀