FILADELFIA – miasto braterskiej miłości [FOTORELACJA]

Pierwsza stolica Stanów Zjednoczonych i kolebka amerykańskiej niepodległości. To właśnie tutaj w 1682 roku wylądował William Penn, chcąc założyć kolonię wolną od wszelkich uprzedzeń, w której każdy każdemu jest bratem i wszyscy są równi. To tutaj po raz pierwszy dziewczynki otrzymały dostęp do edukacji, który wcześniej przysługiwał tylko chłopcom, a wyznawcy wielu wyznań mogli poczuć się wolni od prześladowań religijnych. Tutaj też w 1776 roku podpisano Deklarację Niepodległości, zgodnie z którą Stany Zjednoczone stały się odrębnym państwem, niepodlegającym Imperium Brytyjskiemu, a 11 lat później – Konstytucję. Dzisiaj zapraszam Was na wspólny spacer po Filadelfii – mieście ciekawym zarówno z historycznego, jak i z turystycznego punktu widzenia.

Zwiedzanie Filadelfii zaczynamy od Penn’s Landing z widokiem na rzekę Delaware. Nazwa nabrzeża ma upamiętniać  przybycie Williama Penna na tereny Pensylwanii i założenie przez niego kolonii, w której nie dominuje żadna z religii (wówczas do Ameryki masowo napływali skrajni wyznawcy protestantyzmu, narzucając wszystkim swoją wiarę i obrzędy religijne). Jest 30-stopniowy upał i duchota, ale mimo to, pełni entuzjazmu ruszamy w kierunku South Street – ulicy o nieco alternatywnym charakterze, będącej rozrywkowym centrum miasta. Przechodzimy koło szeregów kolorowych kamieniczek, umalowanych w przeróżne wzory, w których znajdują się kafejki, restauracje, fastfoody, pralnie, fryzjerzy, sklepiki z pamiątkami, oraz sklepy z nieco bardziej specyficznym asortymentem. Panuje jedna zasada: im bardziej kolorowo, tym lepiej. Ponadto, co kilka przecznic w nasze nozdrza uderza intensywny zapach marihuany, mimo że w Pensylwanii ten specyfik legalny jest tylko w celach leczniczych.

Mijamy po drodze szereg ludzi: białych, czarnych, śniadych, kolorowych, mówiących różnymi językami i ubierających się tak, jak im się podoba. Wytatuowane ciało, piercing i dredy nie robią tutaj na nikim wrażenia i nie wywołują uprzedzeń. Pary homoseksualne bez obaw chodzą sobie za ręce. Co jakiś czas widzimy też bezdomnych, młodych i starszych, leżących na ulicy i pozdrawiających nas wesoło. Ludzie spacerują spokojnie z psami i nigdzie nie czuć tej atmosfery wielkiego, zatłoczonego amerykańskiego miasta, w którym każdemu gdzieś śpieszno.

Schodzimy z South Street i kierujemy się w stronę centrum. Zmienia się nieco otoczenie – pojawia się architektura gregoriańska i kontrastujące z nią, nieliczne drapacze chmur. To również wyróżnia Filadelfię na tle innych amerykańskich miast – jest tu dużo otwartej przestrzeni, a mała ilość wieżowców sprawia, że miasto nie jest przytłaczające. Ruch uliczny jest stosunkowo nieduży i brakuje typowego miejskiego zgiełku.

Na dużym ekranie Filadelfia zasłynęła szczególnie w serii filmów o Rocky’m Balboa. Pamiętacie tę scenę, kiedy Rocky biegnie ulicami miasta, aby ostatecznie zakończyć trening na szczycie schodów? To właśnie tutaj, w Filadelfii, tuż przed Muzeum Sztuki znajdują się słynne schody Rocky’ego (Rocky Steps), które stały się jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta. Rzesze turystów wbiegają po 72 kamiennych schodach, aby na szczycie zrobić sobie zdjęcie z panoramą miasta w tle. Na górze często odbywają się zajęcia z fitnessu lub z innych aktywności fizycznych. My również postanawiamy wbiec na schody Rocky’ego, nagrywając do tego filmik.

Wracając w kierunku centrum, zahaczamy o kolejną atrakcję turystyczną Filadelfii – więzienie Eastern State Penitentiary, będące niegdyś najlepszym zakładem karnym w Stanach Zjednoczonych, w którym warunki sanitarne przewyższały nawet te z Białego Domu. Swoją luksusową celę miał tam też Al Capone. Dziś miejsce to popadło w ruinę i mówi się, że jest ono nawiedzone! O Eastern State Penitentiary postaram się napisać już niebawem w osobnym poście.

Zbaczamy nieco z głównych ulic i naszym oczom ukazuje się druga strona miasta – slumsy. Śmieci, zepsute i porzucone samochody, odrapane budynki umazane w graffiti i uliczki, w które strach byłoby się zapuścić samemu. Mijający nas ciemnoskórzy mężczyźni łypią na nas podejrzliwie. Chcemy jak najszybciej opuścić tę okolicę, jednak błądzimy chwilę, nie mając kogo zapytać o drogę. Z czasem dookoła pojawiają się Azjaci i wchodzimy do Chinatown, które jak na amerykańskie standardy jest dosyć ubogie. Nieduża brama wejściowa, kilka skromnych sklepików z azjatyckim asortymentem i babcie siedzące na chodniku, chcąc sprzedać warzywa, owoce i przyprawy.

Jak już wspomniałam, to właśnie w Filadelfii podpisano najważniejsze dokumenty Stanów Zjednoczonych – Deklarację Niepodległości i Konstytucję. To tutaj, w Independence Hall, znajdują się obydwa te dokumenty wraz z Artykułami Konfederacji, podpisanymi na Kongresie Kontynentalnym, na którym to niepodległe Imperium Brytyjskiemu państwo otrzymało oficjalnie nazwę Stanów Zjednoczonych Ameryki. Przy Independence Hall znajduje się także Dzwon Niepodległości (Liberty Bell), będący symbolem walki o niepodległość. Dzwon ten, na którym widnieje inskrypcja: Oznajmijcie wyzwolenie w kraju dla wszystkich jego mieszkańców, wielokrotnie wybijał, informując o ważnych wydarzeniach publicznych.

Dzień chyli się ku końcowi. Przeszliśmy ok. 18 km i kończymy zwiedzanie w punkcie wyjścia, czyli na South Street, gdzie postanawiamy posilić się tradycyjnym filadelfijskim fastfoodem – Philly cheesesteak (kanapka filadelfijska). Jest to nic innego, jak zapiekanka z cienko pokrojoną wołowiną i serem. Szczerze mówiąc – nic nadzwyczajnego, ale grzechem byłoby być w Filadelfii i nie spróbować tutejszego przysmaku.

Filadelfia to miasto z tradycją, które ma własny, niepowtarzalny klimat i zdecydowanie różni się od wielkich amerykańskich metropolii. Z pewnością Philly ma wiele do zaoferowania zarówno turystom, jak i stałym mieszkańcom i spacerując ulicami tego miasta niejednokrotnie myślałam sobie, że mogłabym tu mieszkać!

To tyle na dzisiaj. Już niebawem podzielę się z Wami wrażeniami z nawiedzonego więzienia Eastern State Penitentiary. STAY TUNED! 🙂