Podsumowanie miesiąca: LISTOPAD 2017 (czyli jak zostałam magistrem)

Kartka kalendarza z miesiącem LISTOPAD dzieli się dla mnie na dwie części odgrodzone grubą linią – dni wyczekiwania na obronę, oraz to, co nastąpiło po niej.

Na temat zachowania i stanów emocjonalnych studenta przed obroną można by napisać całą rozprawę, poczynając od stanu wyparcia, po prokrastynację, uświadamianie, panikę, kończąc na zwykłym zobojętnieniu spowodowanym nadmierną ilością stresu. Te stany z pewnością są każdemu znane, jednak w okresie przed obroną wszystkie z nich kumulują się, tworząc dosyć nieciekawą mieszankę. Aż wreszcie nastaje TEN dzień, kiedy w formalnym stroju wchodzisz do sali konferencyjnej. Drzwi się zamykają, i nastaje Twoje 5 (no, może jednak 20) minut. Siadasz naprzeciwko członków komisji, odpowiadasz na ich pytania i… uświadamiasz sobie, że nie taki diabeł straszny, jak go malują! Wszystko poszło jak z płatka, odpowiedziałam na wszystkie pytania, nie palnęłam żadnej gafy, ani nie zrobiłam z siebie głupka (wbrew wszelkim czarnym scenariuszom, które pisałam sobie w głowie).

Z chwilą, kiedy dostałam zaświadczenie o ukończeniu studiów II stopnia i otrzymaniu tytułu magistra, poczułam się o tonę lżejsza. Opadły wszelkie negatywne emocje, które blokowały mnie i frustrowały przez ostatni czas. Po raz ostatni minęłam próg mojej alma mater, pozostawiając w jej murach wszelkie troski i zmartwienia, które towarzyszyły mi przez te dwa lata studiowania dwóch kierunków na raz. Odtąd nie musiałam już martwić się o dopasowanie planów i obecności na każdej z uczelni. Mogłam wreszcie odetchnąć i ruszyć dalej, z perspektywą większej ilości czasu przeznaczonego dla samej siebie.

W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że w drugą część miesiąca (okres PO obronie), nie wkroczyłam samotnie. Towarzyszyła mi dwójka wspaniałych przyjaciół, których sama obecność była kojąca, w obliczu oczywistego stresu związanego z obroną. Tego dnia nie tylko dodali mi otuchy, ale też zorganizowali najlepsze (i zupełnie niespodziewane!) świętowanie zdobycia przeze mnie tytułu magistra, które zaczęło się obrzuceniem mnie kolorowym konfetti, kiedy po raz ostatni przekraczałam próg uczelni. Następnie zabrali mnie na pyszny, czekoladowy tort z napisem MGR, a kiedy już każdy spałaszował swój kawałek, poszliśmy robić to, co studenci lubią najbardziej – oblewać sukces! Dzień zakończyliśmy obiadem w Kartofelniku, gdzie najedliśmy się do syta przepysznym, nadziewanym kartoflem. To był jeden z nielicznych dni, kiedy pożegnałam Katowice z uśmiechem na twarzy; za ten dzień, z całego serce Wam DZIĘ-KU-JĘ!

 

Filmy

Ostatnie tygodnie obfitowały dla mnie w filmy o superbohaterach – przyznam, że właśnie tego było mi trzeba, aby dodać sobie otuchy w obliczu przerażającego potwora o nazwie OBRONA. Stawiałam zatem na lekkie, niewymagające pozycje, które pozwoliły mi oderwać się od rzeczywistości i chociaż na chwilę się odprężyć. Oto najbardziej godne uwagi filmy, które obejrzałam w listopadzie:

Thor: Ragnarok

Trzecia część Thora jest, jak dla mnie, najlepszą z serii filmów o tym superbohaterze i zdecydowanie spełnia rolę, której oczekuje się od tego typu produkcji – oglądając seans w kinie, najzwyczajniej dobrze się bawiłam. „Thor: Ragnarok” zapewnia odpowiednią dawkę humoru i emocji, a efekty i muzyka z cybernetycznego miasta na skraju kosmosu były świetnie wykonane. Co więcej, w obsadzie nie zobaczyliśmy Natalie Portman, która w serii Marvela miała nieszczęście grać dosyć irytującą bohaterkę, Jane Foster. Zamiast niej poznaliśmy dwie nowe, ciekawe postaci żeńskie – niesamowitą i niezwykle zmysłową w tej kreacji Cate Blanchett, wcielającą się w rolę złowieszczej bogini Heli, a także Tessę Thompson w roli intrygującej walkirii. Trochę mało mi było Lokiego, którego jestem wierną fanką, ale on także miał swoje pięć minut. Marvel zdecydowanie utrzymuje poziom!

 

Wonder Woman

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Gal Gadot jako Wonder Woman w „Batman v Superman”, jakoś nie do końca byłam do niej przekonana i nie sądziłam, że polubię ją jako superbohaterkę. Obawiałam się, że jedynym „atutem” tego filmu będzie biegająca półnago główna bohaterka, uwydatniając swoje wdzięki. Zachęcona wyjątkowo dobrymi jak na filmy DC opiniami, a także chcąc nadrobić ten film przed zbliżającą się „Ligą Sprawiedliwości”, postanowiłam jednak dać mu szansę. Jakże pozytywne było moje zaskoczenie! Gal Gadot wykreowała niesamowicie ujmującą, przeuroczą i charyzmatyczną postać, której wręcz nie da się nie lubić! Cały film ogląda się przyjemnie, jest emocjonujący, angażujący i, w przeciwieństwie do ostatniej produkcji DC, brak w nim kiczu, w efekty specjalne nie rażą w oczy. DC, oby tak dalej!

 

Wielkie kłamstewka

Widzicie ten sympatycznie wyglądający plakat po lewej? Nie dajcie się zwieść! „Wielkie kłamstewka” to mini-serial produkcji HBO, który na pozór przypomina „Seks w wielkim mieście”, „Gotowe na wszystko”, bądź inną tego typu kobiecą produkcję. Nic bardziej mylnego! Już w pierwszym odcinku odkrywamy, że pozornie idealne życie głównych bohaterek to zwyczajna gra kłamstw, sekretów i niedopowiedzeń. Co więcej, już w pierwszym odcinku ktoś zostaje zamordowany… z tym, że nie wiemy, kto zginął, ani kto zabił – tego wszystkiego dowiadujemy się dopiero w ostatnim odcinku serialu, który przez cały czas trzyma nas w niepewności. Z każdym odcinkiem wychodzą na jaw nowe fakty, rzucając podejrzenia na kolejne osoby i pochłaniając widza bez reszty! Całość dopełnia świetnie dobrana muzyka i niesamowicie piękne widoki oceanu, które dane mi było podziwiać na żywo w malowniczym, kalifornijskim miasteczku Monterey. Ten mini-serial obejrzałam na jednym wdechu, zaledwie w jeden dzień i przyznam, że dawno żaden serial nie wkręcił mnie tak bardzo, jak ten.

 

Książki

Szukając Alaski

Ta debiutancka powieść Johna Greena formą idealnie zlała się z moim listopadem; podzielona jest bowiem na dwie części: PRZED oraz PO, a w trakcie lektury czytelnik niejednokrotnie zastanawia się, czym jest to zdarzenie, będące punktem granicznym. Książka ta różni się trochę od innych powieści Johna Greena – owszem, jest pełna młodzieńczego humoru i porusza problemy młodzieży wchodzącej w dorosłość, jednak w porównaniu z innymi książkami tego autora, ta jest bardziej surowa i dojrzała. Bohaterowie są bardziej z krwi i kości, skomplikowani, a niektóre gesty, zachowania i tajemnice na zawsze pozostają niewyjaśnione. Polecam miłośnikom powieści young adult oraz fanom lekkiego stylu Johna Greena, szczególnie tym, którym przypadły do gustu mniej cukierkowe historie tego autora, takie jak „Gwiazd naszych wina”.

 

Wydarzenia

W listopadzie po raz pierwszy udało mi się wziąć udział w wydarzeniu książkowym, mianowicie w 3. Śląskich Targach Książki. Dotychczas dosyć sceptycznie podchodziłam do tego typu wydarzeń, pielęgnując czytanie książek jako prywatną pasję, którą nie chcę się z nikim dzielić. Jednak Śląskie Targi Książki przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Mimo licznego tłumu, atmosfera wydarzenia była przyjazna i nie doświadczyłam żadnych przejawów chamstwa, powszechnego dla imprez masowych (w końcu po ludziach czytających można było się spodziewać wysokiego poziomu kultury). Miałam okazję wymienić książki, które niedługo pokryłaby warstewka kurzu, a przede wszystkim mogłam posłuchać znanych autorów polskich kryminałów – Zygmunta Miłoszewskiego i Katarzyny Bondy – którzy tak ciekawie opowiadali o swojej twórczości, że trafiła ona na moją półkę książek „do przeczytania”. Z ręką na sercu polecam tego typu wydarzenia wszystkim molom książkowym!

A jak Tobie minął listopad? Masz jakieś filmy, seriale, czy książki godne polecenia? Daj znać w komentarzu!  🙂

 

  • Gratuluję tytułu magistra! 🙂 „Wielkie kłamstewka” obejrzę zaraz po tym, jak skończę 13RW, bo kuszą mnie od dawna, a „Szukając Alaski” czytałam i również mi się podobało, ale zdecydowanie mniej niż „Papierowe miasta”.

    • Dziękuję! 🙂

      Daj znać, jak 13RW – ja wciąż odkładam ten serial, aby najpierw przeczytać książkę, ale jakoś nie mogę jej dorwać. A już dzisiaj pędzę do biblioteki po „W śnieżną noc” Greena, tak w sam raz na święta. Czytałaś może?

      • Na razie jestem na 6 odcinku i podoba mi się, choć (przynajmniej dla mnie) nie jest to łatwy serial, więc nie mogę sobie pozwolić na przedawkowanie. Od wielu słyszałam, że 13RW to głupota i główna bohaterka strasznie denerwuje, ale do tej pory odnoszę inne wrażenie.
        Czytałam i przypadła mi do gustu najmniej spośród książek J. Greena, które czytałam 🙁

      • Niestety muszę się zgodzić co do „Śnieżnej nocy” – wg mnie najsłabsze opowiadanie Johna Greena 🙁

        A 13RW przeczytałam i teraz oglądam serial; radziłabym Ci także sięgnąć po książkę. Jest głębsza niż serial i bardziej skupia się na problemach Hannah. Mam wrażenie, że w serialu Hannah gubi się trochę pośród problemów innych uczniów – jakby za dużo problemów społecznych chcieli wrzucić do jednego garnka. Mnie książka bardzo wciągnęła, ciekawa jestem, jak Tobie by się spodobała 🙂

      • Przeczytam na pewno, ale… mam na razie przed sobą pilniejsze tytuły 🙁

  • Pingback: Mój 2017 na zdjęciach i postanowienie na rok 2018 – Pod Rudym Lokiem()