Najdłuższy dzień w moim życiu

Jutrzejszy poniedziałek będzie najdłuższym poniedziałkiem mojego życia – będzie trwał około 20 godzin, podczas których przemierzę 6 stref czasowych, aby ostatecznie o 19:00 czasu lokalnego znaleźć się na lotnisku JFK w Nowym Jorku. To już jutro wyruszam na podbój Stanów Zjednoczonych, spełniać moje American dream!

Jak do tego doszło? Otóż we wrześniu ubiegłego roku postanowiłam zapisać się na program wymiany kulturowej, Camp America. Ot tak, spontanicznie, bez większego namysłu. Wiedziałam, że jak będę za bardzo o tym myśleć, to szybko ogarnie mnie zwątpienie. Dlatego bez zbędnego wybiegania w przyszłość, cierpliwie wypełniałam całą masę formularzy i dokumentów, które miały przybliżyć mnie do postawionego sobie celu – wyjazdu do Stanów. Przeszłam całą procedurę rekrutacji do programu, po czym w mgnieniu oka dostałam pracę na obozie dla dzieci w Pensylwanii. Bez problemu przyznano mi wizę i pozwolenie na pracę, aż w końcu nie pozostało już nic więcej, poza dopięciem kilku formalności, przejściem szkoleń i… planowaniem podróży!

Dlaczego zdecydowałam się jechać? Mogłabym zacząć rozpisywać się o tym, jak piękne są Stany i jak bardzo chcę je zwiedzić. To prawda, jednak zdecydowałam się wziąć udział w programie głównie po to, aby udowodnić sobie, że polecę sama na drugi koniec świata i DAM RADĘ. Wierzę, że ten wyjazd będzie kamieniem milowym na drodze do samorozwoju, i że po powrocie będę o wiele silniejszą i pewniejszą siebie osobą. Bo skoro poradzę sobie sama na drugim końcu świata, to przecież poradzę sobie też w każdej innej sytuacji, prawda? Z pewnością poznam tam wiele ciekawych osób, z którymi wspólnie dotrzymamy sobie towarzystwa i przeżyjemy całą masę niezapomnianych przygód. Mam nadzieję, że bardzo szybko się zżyjemy i będziemy dla siebie jak druga rodzina. W końcu atmosfera i fajni ludzie to podstawa.

Czy się boję? Oczywiście, że się boję. Od jakichś dwóch tygodni odczuwam ogromny dyskomfort na myśl o tym, że będę musiała wsiąść do gigantycznej metalowej puszki, która mimo swojego ogromu i ciężaru wzniesie się w powietrze i zabierze mnie na drugi koniec świata. W głowie przeanalizowałam już tysiące scenariuszy, włącznie z tym, w którym nasz samolot porywają terroryści i stajemy się ofiarami drugiego 9/11. Dlatego przechodzę naprzemiennie przez fazy podekscytowania i kryzysu. Mówią, że najtrudniejszy jest zawsze pierwszy tydzień, kiedy zmęczony po długiej podróży musisz odnaleźć się w całkiem obcej rzeczywistości i wpasować w tamtejszy tryb życia. Jeśli o mnie chodzi, to odetchnę z ulgą już w momencie, gdy bezpiecznie wysiądę z samolotu i opuszczę teren lotniska. Potem jakoś to już będzie. Powoli wszystko się ułoży.

Tak więc pakuję walizkę i bagaż podręczny. Spędzam czas z najbliższymi – zobaczymy się dopiero za 3 miesiące. Mam nadzieję, że będę miała możliwość na bieżąco kontaktować się z Wami i pisać na blogu o tym, co się u mnie dzieje i jak czas upływa mi za oceanem. Dlatego zaglądajcie tu czasem. O nowinkach będę informować też za pomocą facebooka. Trzymajcie kciuki i do usłyszenia!

PS: Jeśli macie jakieś wskazówki, jak poradzić sobie ze strachem przed lotem, to byłabym bardzo wdzięczna za wszelką pomoc.