Wodospad Niagara z kilku perspektyw [FOTORELACJA]

Po powrocie ze Stanów rodzina i znajomi zasypywali mnie setkami pytań, z których najczęściej powtarzało się pytanie o to, co najbardziej podobało mi się w Stanach, i co wywarło na mnie największe wrażenie. Niemal bez namysłu odpowiadam wtedy, że Niagara, która początkowo wydawała mi się tylko dużym wodospadem, jednak przy bliższym spotkaniu całkowicie straciłam dla niej głowę.

Do miasta Niagara Falls w stanie Nowy Jork wybraliśmy się w ostatnim tygodniu pracy na campie. Wyjechaliśmy tuż po śniadaniu, w niemalże pełnym składzie, dwoma wesołymi, białymi transitami. Przed nami roztaczała się wspaniała perspektywa dwóch dni wolnych, spędzonych przy granicy z Kanadą, nad jednym z najsłynniejszych wodospadów świata. Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem i to właśnie tam po raz pierwszy zatrzymaliśmy się w typowo amerykańskim motelu o nazwie Caravan i poczuliśmy się jak w jednym z hollywoodzkich filmów. Rzędy pokoi ustawione były w kształcie litery U, a każdy z nich wychodził od razu na podjazd. Komfort naszego lokum znacznie przewyższył oczekiwania – było w nim wszystko, co potrzebne do życia: dwa łóżka typu queen size, łazienka, lodówka, a nawet telewizor – wszystko utrzymane w czystości. Na dodatek, w cenę wliczone było śniadanie, które co prawda składało się tylko z kawy i pączków, ale to i tak dobrze. Jedynym przykrym zaskoczeniem był obiecany w ofercie basen. Oczami wyobraźni widzieliśmy już nocne pool party jak z amerykańskich filmów o bogatych nastolatkach, jednak basen okazał się być jedynie brodzikiem. Cóż, to i tak nieźle jak na nocleg za 20$ od osoby  😉

Wieczorem poszliśmy zobaczyć, o co tyle szumu z tą Niagarą. Czy rzeczywiście jest tak niesamowita, jak mówią? Szukając odpowiedzi na to pytanie, przemierzaliśmy miasteczko Niagara Falls wraz z całą rzeszą turystów, którzy tak jak my szli na spotkanie z najbardziej znanym wodospadem na świecie. Przeszliśmy przez cały pasaż z pamiątkami, smakołykami i jedzeniem (oczywiście wszystko było horrendalnie drogie, jak to w strategicznych punktach turystycznych) i dalej, przez park, za którym wreszcie zobaczyliśmy cel naszej wędrówki. Barierki obstawione już były przez turystów, którzy, niczym mrówki, byli jednak w ciągłym ruchu, dlatego nam także udało się podejść bliżej i po raz pierwszy zobaczyć Niagarę po stronie amerykańskiej.

Widok był bardzo ładny, ale jeśli mam być szczera, to spodziewałam się czegoś więcej (a przynajmniej w tamtym momencie tak myślałam). Opierając się o barierkę, patrzyłam na spadającą w dół wodę i słuchałam szumu, jaki wydawała rozbijając się o taflę rzeki – wrażenia te działały kojąco i uspokajająco. Było ładnie i przyjemnie, ale to nie wystarczyło, aby mnie zachwycić i rozkochać w sobie. Tymczasem zbliżał się zmierzch – zrobiło się ciemno, a w oddali zamigotały kolorowe światła miasteczka Niagara Falls po stronie kanadyjskiej. I właśnie wtedy, dopiero po zmroku, po raz pierwszy doceniłam piękno Niagary, widząc ją w całkiem innym świetle; i to dosłownie, ponieważ nocą wodospady oświetlone są przez światła, zmieniające co jakiś czas kolor. W połączeniu ze wspomnianym już szumem wody, efekt jest obłędny. Podziwiając tę grę świateł, po raz pierwszy pomyślałam, że mogłabym wpatrywać się w tę wodę bez końca.

Następnego dnia mieliśmy w planach przejście na stronę kanadyjską miasteczka Niagara Falls i podpłynięcie statkiem pod sam wodospad. Widok ze strony kanadyjskiej jest o tyle lepszy, że obejmuje obydwa wodospady – zarówno ten mniejszy, amerykański (na zdjęciach po lewej stronie), jak i kanadyjski (ten duży z tyłu). Informacja dla laików: rzeka Niagara to naturalna granica między Stanami Zjednoczonymi i Kanadą, przecinająca miasteczko Niagara Falls, które rozciąga się po obu stronach granicy. Obydwie strony miasteczka łączy biegnący nad rzeką most o nazwie Rainbow Bridge, po którym przespacerowaliśmy się, przechodząc granicę amerykańsko-kanadyjską. Rainbow Bridge jest także świetnym punktem widokowym, na którym warto na chwilę przystanąć i nacieszyć oczy wspaniałym widokiem na obydwa wodospady.

Miasteczko Niagara Falls po stronie kanadyjskiej to zdecydowanie miasteczko turystyczne – po obydwu stronach głównej ulicy Clifton Hill rozciąga się szereg atrakcji turystycznych, takich jak kina, salony gier, kasyna, kręgle, parki tematyczne, muzea figur woskowych, domy strachów, a także liczne centra gastronomiczne. W oddali majaczy diabelski młyn Skywheel, a po drugiej stronie nad miasteczkiem góruje wieża Skylon Tower, z której widok na wodospady z pewnością jest niesamowity. To właśnie tam, na Clifton Hill, postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na lunch i po raz pierwszy spróbowaliśmy burgera w Wendy’s (nieco droższa wersja McDonalda, ale też jakościowo lepsza!). Płaciliśmy dolarami kanadyjskimi, które wcześniej musieliśmy kupić, i które (w porównaniu z dolarami amerykańskimi) mają niezwykle gładkie i piękne banknoty – aż nie mogliśmy się nadziwić!

Kiedy wyszliśmy z Wendy’s i ruszyliśmy do punktu odprawy statków, zaczynało już padać. Oszukiwaliśmy się, że to tylko przelotne opady, ale jak na złość mały deszczyk szybko przerodził się w ulewę, której nie było końca. Nawet schronienie się na najbliższym przystanku autobusowym nic nie dało – krople deszczu zacinały tak mocno, że niebawem wszyscy byliśmy przemoknięci do suchej nitki (serio, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak bardzo zmoknięta). Przez myśl przemknęło nam zwątpienie i obawa, że statki nie wypłyną w taką pogodę; poza tym nie czuliśmy się komfortowo w przemoczonych ubraniach i z gęsią skórką wywołaną chłodnym wiatrem. Mimo to, nie mogliśmy przegapić takiej okazji – być nad Niagarą i nie podpłynąć pod wodospad! Dlatego niedługo później, w czerwonych foliach wodoodpornych (które nic nie dawały, szczególnie, że i tak byliśmy już mokrzy), staliśmy na jednym ze statków podpływających pod Horseshoe Falls – wodospad kanadyjski.

Tego, co doświadczyłam na tym statku nie oddadzą żadne zdjęcia, ani żadne słowa. Wszystko zaczęło się, kiedy po lewej stronie burty minęliśmy wodospad amerykański, wpływając jednocześnie w chmurę, którą tworzyły spadające masy wody Horseshoe Falls. W tym właśnie momencie, wchłonięci przez te kłęby wody, staliśmy się jednością z Niagarą. Natura otoczyła nas ze wszystkich stron, wpływając na wszystkie zmysły – szum wodospadu huczał nam w uszach, na ciele czuliśmy delikatne muskanie kropelek wody, a oczy chłonęły najbardziej magiczny ze wszystkich widzianych dotychczas widoków. Ta bliskość z naturą była zjawiskiem tak intymnym i wszechogarniającym, że człowiek, pomimo że czuł się maluczki w obliczu potęgi natury, nie mógł oprzeć się tej magii. Nie liczyło się nic innego – tylko wszechogarniająca magia chwili.  Gdyby ktoś z boku obserwował zachowanie pasażerów statku, pomyślałby, że jesteśmy obłąkani – ludzie chwytali się za głowy, śmiali się, a nawet krzyczeli z zachwytu. Nigdy wcześniej i nigdy później nie doświadczyłam już tak ekstatycznego przeżycia jak wtedy, kiedy byłam częścią wodospadu, będąc w stanie, który można by przyrównać do buddyjskiej nirwany.

Wodospad Niagara widziałam za dnia i w nocy, z daleka i z bliska, ze strony amerykańskiej i kanadyjskiej… i z każdej perspektywy zapierał dech w piersiach. Nigdy nie sądziłam, że masa spadającej wody może tak zawrócić człowiekowi w głowie – mnie oczarowała i podbiła moje serce. Wiele bym dała, żeby móc tam jeszcze kiedyś wrócić i jeszcze raz przeżyć to niedające się opisać słowami, niezapomniane doświadczenie.

Zamiast postscriptum: podczas powrotu znad Niagary mieliśmy stłuczkę – na drodze zrobił się korek, a jakaś pani zagapiła się i wjechała w tyłek jednemu z naszych transitów. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Obyło się nawet bez policji, jako że pani wzięła całą winę na siebie. Wszystko dobre, co się dobrze kończy  🙂

  • Zainteresowało mnie wyrażenie „typowo amerykański motel” 🙂 I faktycznie, te pieniądze takie bardziej ludzkie, europejskie wydają się :3 I pamiętam jak pierwszy raz w ręku trzymałam euro w banknotach i też zdjęcia robiłam i takie łoooo! I na koniec jeszcze- uwielbiam Wasze zdjęcie, roześmiane twarze, chłopak na środku jak płaczący i – ” kim jesteś? jesteś zwycięzcą” z tyłu 😀

    • Motele są w Stanach mega popularne – wygodne, funkcjonalne i, przede wszystkim, tanie. Po prostu podjeżdżasz, płacisz, zostawiasz auto na podjeździe i nocujesz, a rano jedziesz dalej. Przeważnie nie trzeba nawet rezerwować pokoi, więc można po prostu zjechać z drogi i wykupić nocleg 🙂 Właściwie to w żadnym innym kraju nie spotkałam się z tą formą noclegu 😮

      • A myślisz że Ameryka jest jedynym z krajów(kontynentów w sumie hah) gdzie mogłabyś mieszkać? Nie mówię koniecznie o pędzącym Nowym Jorku itp. ale wgl gdziekolwiek tam? W Polsce niby jak się jedzie, co ostatnio np. do tego Gdańska jechałam to mija się jakieś kuźnie, restauracje po drodze na tzw.zadupiach gdzie tylko autostrada jest i są pewnie też pokoje. Ale jednak motel fakt, niespotykana rzecz, a szkoda! To jedna z rzeczy zachodnich, która byłaby bardziej przydatna, zdrowa i pożyteczna aniżeli hamburgery 😀

      • Oj, bardzo chciałabym mieszkać w Stanach, a gdybym miała wybierać to zamieszkałabym w Filadelfii – w porównaniu z Nowym Jorkiem to dosyć spokojne i zielone miasto (jest tam dużo parków i zieleni) i życie tam biegnie raczej pomału. Widać dużo ludzi chodzących z psami (w NYC to rzadki widok), jest duża tolerancja na ulicach (np. dla par homoseksualnych idących za rękę), jest też spora wolność subkulturowa – noszenie się na czarno i tatuaże są zdecydowanie bardziej akceptowalne niż u nas. A przy tym klimat jest w sam raz. Myślę, że piosenka Springsteena „Streets of Philadelpfia” idealnie oddaje atmosferę tego miasta 😀

      • O widzisz, to ja mam podobnie z UK, mimo wielu obaw, niezbyt swojej wielkiej otwartości do ludzi, chciałabym tam przebywać, ale konkretnego miasta nie mam jakoś 🙂 Jak to mówią- dasz sobie radę w USA, dasz sobie radę wszędzie! A skąd się wzięła fascynacja tym miastem? Obejrzałam teledysk Bruce`a, bo nigdy nie widziałam i nawet on jest taki spokojny i dopiero po zobaczeniu w nim „pana od Fiata haha” skapnęłam że to z filmu jest. Ja mam wrażenie że tatuaże, to w jakiekolwiek inne państwa nie spojrzeć to są bardziej do zaakceptowania niż u nas 😀 Mnie rozrzewnienie dopadło jakieś 2 tyg temu, kiedy w radio usłyszałam Empire State Of Mind Alicii Keys i młodość i że to na prawdę niezła piosenka i z jakże motywacyjnym refrenem 😀

      • Skąd fascynacja Filadelfią? W minione wakacje zwiedziłam kawałek Stanów i Filadelfia była pierwszym miastem, w którym stwierdziłam, że mogłabym tam mieszkać. Inne miasta też mi się bardzo podobały i wywarły ogromne wrażenie, ale niekoniecznie chciałabym tam mieszkać na co dzień: np. NYC jest zbyt zatłoczone, Las Vegas jest dobre, ale na imprezę, a w LA jest najzwyczajniej zbyt gorąco; za to Filadelfia jest w sam raz 🙂 A skąd się wzięła u Ciebie miłość do UK?

      • Super, bo jest to takie niespotykane. Przeważnie słyszy się o ludziach którzy ciągną do wielkich miast, do stolic krajów, a tu takie o, miasteczko można powiedzieć. Fascynacja UK to przede wszystkim wzięła się od muzyki brytyjskiej, Beatlesi, Led Zeppelin, Muse, Oasis, to wszystko powoduje że od zawsze czułam się że tak powiem.. zaopiekowania, np w trudnych sytuacjach. Teksty zespołów, pomagają, wpierają i powodują że czuję się szczęśliwsza. Podoba mi się akcent, ulice a w szczególności niskie domki z cegły. Małe przedsionki w mieszkaniu. Za to, mimo że powszednie jak u nas „dzień dobry” w bloku na klatce schodowej, czy trochę sztuczne, to tam tak samo za wszędobylskie „thank you” „i`m sorry”. To chyba jednak to z najprostszych rzeczy do których można się przyzwyczaić, bo jest tak częste. Co by nie mówić, miłe to 🙂

        Uważam, że to kraj legenda, tyle filmów których obejrzałam, te wszystkie znane uliczki, taki jakiś sentyment. Bluzki w paski których mam chyba z 10, które również są związane z brytyjską muzyką. Nigdy tam nie mieszkałam na dłużej, nie mogę wiele powiedzieć, czy polubiłabym za ciągłe paradowanie z parasolką, za drogie warzywa i owoce czy za wiecznie płatającą figle komunikację miejską, gdzie najmniejsze oberwanie chmury powoduje że pociągi stają. No takie śnieżyce jak aktualnie tam są, to już co innego 😉 Chyba zaraz tu jakiś post napiszę w komentarzu, się rozpisała 😀

      • Tak bardzo się z tym zgadzam! W UK byłam na wakacje w zeszłym roku i też mega mi się podobało. Nawet pomyślałam sobie wtedy, że w takim Londynie to mogłabym mieszkać – ma ciekawy klimat i każdy znajdzie coś dla siebie 😀

        Ale taka deszczowa pogoda to zdecydowanie nie dla mnie 🙁
        Chociaż jak byliśmy w Anglii to mieliśmy takie szczęście, że przez ani jeden dzień nie padało.