Bardzo kolorowa skorupa, czyli recenzja „Ghost in the Shell”

Zapewne każdy fan japońskiej animacji przynajmniej słyszał o Ghost in the Shell – produkcji z 1995 roku, która zrewolucjonizowała świat science-fiction i obecnie znajduje się w kanonie cyberpunkowego nurtu. Anime oparte na mandze Masamune Shirowa, opowiada historię Major Motoko Kusanagi, niemal całkowicie zcyborgizowanej dowódczyni tajnej Sekcji 9 zajmującej się ściganiem przestępców łamiących prawo przy pomocy najnowszych technologii. Głównym zadaniem Sekcji 9 jest schwytanie hackera o pseudonimie Władca Marionetek, który przy pomocy ghost hackingu przejmuje kontrolę nad ludzkimi umysłami i wykorzystuje ich do własnych celów. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że sceny akcji są zaledwie tłem animacji, która wręcz przeładowana jest filozoficznymi rozważaniami na temat sztucznej inteligencji, postępu technologicznego i jego wpływu na ludzkie życie.

Film, który wszedł do kin pod koniec marca, wzorowany jest na animowanej wersji Ghost in the Shell i w ogólnym zarysie główny wątek fabularny zostaje zachowany, zmieniają się jednak wątki poszczególnych postaci, coś zostaje dodane, coś odjęte i tak otrzymujemy Major – główną bohaterkę filmu, graną przez Scarlett Johansson, której ciało zostaje całkowicie zniszczone na skutek wypadku, a mózg wszczepiony do nowego, zcyborgizowanego ciała. Jednak Major traci nie tylko swoją ludzką powłokę, ale także wspomnienia i całą tożsamość. Otoczona grupą naukowców, staje się bronią tajnej jednostki, której głównym zadaniem jest, podobnie jak w animowanym pierwowzorze, schwytanie hackera o pseudonimie Kuze.

To, co głównie zarzuca się filmowemu Ghost in the Shell, to nadmierne odbieganie od japońskiego pierwowzoru i typowe dla amerykańskiej kinematografii spłycenie całej filozoficznej otoczki, która zastąpiona została akcją i efektami specjalnymi. W obronie filmu należałoby przypomnieć, że jest to całkiem osobna produkcja – owszem, wzorowana na japońskim anime, jednak wciąż będąca osobnym tekstem kultury. Jaki byłby sens tworzenia produkcji, która byłaby kalką czegoś, co już powstało? Gdyby nie było różnic między filmem i anime, z pewnością krytycy zarzuciliby twórcom brak kreatywności i powielanie, a wśród publiki film nie wzbudziłby aż takiej ciekawości. Poza tym, mam wrażenie, że porównywanie kina japońskiego z amerykańskim trochę mija się z celem. Podczas gdy w produkcjach japońskich nacisk kładzie się na dobrą sferę fabularną i nawet hentaie mają bardziej lub mniej zarysowaną fabułę (sic!), tak kino amerykańskie skupia się bardziej na akcji i zapewnieniu rozrywki masowej widowni zostawiającej gotówkę w kasach. Poza tym, od początku było wiadomo, że filmowy Ghost in the Shell będzie filmem akcji, a biorąc  pod uwagę wcześniej przytoczony argument – i tak nie wyszło źle.

Co więcej – powiem, że wyszło całkiem dobrze i chociaż duchowa sfera rzeczywiście została spłycona, to cała „skorupa” filmu jest bardzo kolorowa i przyjemna dla oka. Niezaprzeczalnie gwiazdą filmu jest piękna i ponętna Scarlett, której zmysłowe kształty dodatkowo uwydatnione są w mocno przylegającym do ciała kombinezonie. Jako przedstawicielka płci pięknej, doceniam także subtelny makijaż, ślicznie podkreślający rysy twarzy aktorki. Na Scarlett patrzy się przyjemnie, a jej gra aktorska też jest niczego sobie, może z pominięciem momentów, kiedy chodzi z bezsensownie uniesionymi ramionami jak jakiś paker, co psuje efekt i jest zupełnie niepotrzebne. Poza tym szczegółem, podoba mi się postać Major w kreacji Scarlett Johansson, podobnie jak postać Batou, w którego wcielił się Pilou Asbæka. Batou spełnia swoją rolę postawnego, w porównaniu z Major, miśka i jej wiernego przyjaciela; ciekawa jest również historia jego ulepszonych oczu. Na uwagę zasługuje też postać Kuzo – lubię filmy, w których ci źli nie są po prostu źli, ale mają swoje uzasadnione przekonania i motywy, którymi się kierują. Z dialogami między bohaterami bywa różnie i, jak to w amerykańskich filmach, nie brakuje oczywiście pompatycznych przemówień, które, gdyby się nad nimi zastanowić, są zwykłym pieprzeniem od rzeczy 😉 Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, kiedy Batou, chcąc pocieszyć Major, mówi jej, że naszą tożsamość nie stanowią wspomnienia, tylko czyny i decyzje, które podejmujemy… czekaj, czekaj. Brzmi mądrze, ale czyż nie podejmujemy decyzji właśnie w oparciu o nasze wspomnienia i doświadczenia z przeszłości? Prosty przykład: gdy raz się sparzysz, już więcej nie wsadzisz ręki w ogień.

To, co najbardziej mnie urzekło w Ghost in the Shell, to niezwykle barwna i ciekawa wizja futurystycznego miasta Tokio – wszechobecne drapacze chmur, kolorowe neony, ogromne hologramy i cała ich natarczywość, a gdzieś tam na dole ludzie przemierzający zatłoczone ulice do swoich maleńkich mieszkań poupychanych w ciasnych blokowiskach. Ta smutna wizja rodzi pytanie, czy faktycznie do tego dąży świat? Czy tego na prawdę chcemy? Całą tę wizualność dopełnia cybernetyczna muzyka, podkreślająca surowość i chłód cyberpunkowego miasta. Nie sposób nie wspomnieć tutaj o świetnych efektach specjalnych, które dopracowane w najmniejszym calu sprawiają, że film warto obejrzeć w technologii 3D.

Mimo, iż filmowy Ghost in the Shell odbiega od animowanego pierwowzoru z 1995 roku, całość prezentuje się całkiem dobrze. Czy można było zrobić to lepiej? Prawdopodobnie tak, ale mogło być też o wiele gorzej. Wszystko zależy od nastawienia – jeśli idziesz na ten film oczekując tego samego, co reprezentuje sobą anime, prawdopodobnie będziesz zawiedziony. Jeśli jednak wyrzekniesz się wszelkich oczekiwań, film powinien Ci się spodobać. Jak dla mnie wszystkie elementy w filmie były odpowiednio wyważone; doceniam także mrugnięcie okiem w kierunku fanów anime i zekranizowanie najbardziej kultowych scen pierwowzoru – walka Major w wodzie z kierowcą śmieciarki, rozmowy Major i Batou na łódce, czy też końcowa scena walki z czołgiem. Dlatego biorąc to wszystko pod uwagę, Ghost in the Shell dostaje ode mnie 7/10 loczków:

A Wam jak się podoba adaptacja jednego ze słynniejszych anime lat 90-tych?

  • ~M

    Fajny wpis, i obiektywny przede wszystkim. 😀
    Podoba mi się twój styl pisania – bardzo lekki, i teksty równie łatwo przyswajalne, tak trzymać! 🙂