Satyricon – moja blackmetalowa miłość

Każdy ma listę zespołów, które musi, albo chociaż chciałby zobaczyć na żywo przed śmiercią. W zeszłą sobotę udało mi się odhaczyć jeden z takich zespołów z listy – byłam na koncercie Satyricona, jednego z najbardziej wpływowych zespołów blackmetalowych lat 90.

Ale jak w ogóle doszło do tego, że zaczęłam słuchać tego typu muzyki? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się daleko, daleko w przeszłość, kiedy chodziłam jeszcze do gimnazjum i byłam młodą, gniewną istotą, a Nightwisha słuchałam już tylko w pogodę. Zaczęłam wtedy poszukiwać nowych nurtów muzycznych, czegoś coraz mocniejszego. Aż w końcu trafiłam na kultowy kawałek Satyricona „Mother North” – klasykę gatunku, który zapoczątkował moją miłość do tego zespołu, jak i do black metalu w ogóle.

W tym miejscu zdradzę Wam pewien sekret: przez większość liceum podkochiwałam się w wokaliście Satyricona, Sigurdzie Wongravenie. Była to długotrwała, ale niegroźna miłostka. Po prostu zawsze uważałam, że wokalista Satyricona wygląda tak zajebiście, jak zajebiście brzmi jego muzyka. Dlatego bardzo lubiłam teledyski tego zespołu – nie tylko fajnie się ich słuchało, ale było też na co popatrzeć  😉

Jeśli chodzi o płyty Satyricona, to lubowałam się głównie w tych pierwszych, które miały w swoim brzmieniu coś pogańskiego, a jednocześnie, jak na black metal, były dosyć melodyjne. Kolejne płyty też były w porządku, ale szczerze mówiąc, odpuściłam sobie gdzieś po szóstym albumie „Now, Diabolical”.  Na koncert pojechałam zatem ze słabą, albo wręcz znikomą znajomością ostatnich albumów, jednak mój sentyment do zespołu jest tak przeogromny, że wcale mi to nie przeszkadzało. Tym bardziej, że jakoś zawsze miałam pecha do występów Satyricona i, chociaż bardzo kocham ten zespół, z różnych powodów nie było mi dane zobaczyć ich na żywo.

Sobotni koncert odbywał się w krakowskim klubie Kwadrat. Zrobiło mi się bardzo sentymentalnie, gdy wysiadłam z samochodu i zobaczyłam całą zgraję mrocznych dusz – ludzi poubieranych na czarno, z długimi włosami i wyrazistym stylem, słuchających takiej samej muzyki jak ja. Stęskniłam się za całą tą atmosferą – stanowczo zbyt długo nie byłam na dobrym koncercie.

Satyricona supportowały dwa zespoły: norweski Fight the Fight, grający metalcore, na którego nie zdążyliśmy, oraz thrashowy Suicidal Angels z Grecji. W tym drugim przypadku muzyka była niczego sobie, a i samo show było zacne – w sam raz do posłuchania przy piwku, rozgrzewając się na gwiazdę wieczoru.

I wreszcie nadszedł czas na zespół, dla którego wszyscy zebraliśmy się w krakowskim Kwadracie. Rozbrzmiała znajoma muzyka, a na scenę wszedł on – Sigurd Wongraven. Wcale się sobie nie dziwię, że podkochiwałam się w nim przez większość liceum. Stałam gdzieś w połowie sali, tuż za pogo, a mimo to widziałam wysokiego, postawnego Norwega w całej jego okazałości. Oj, uwierzcie mi – miło było go słuchać, ale oczy też było czym nacieszyć  😉

Satyricon zadowolił zarówno swoich starych, jak i nowych fanów. Setlista była bardzo zróżnicowana pod względem albumów, a przecież zespół mógł całkowicie skupić się na promocji nowego „Deep Calleth Upon Deep”. Zamiast tego, oprócz kawałków z nowej płyty, usłyszeliśmy także stare dobre hity, takie jak: Mother North, K.I.N.G, Now Diabolical, The Pentagram Burns, czy Fuel for Hatred. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie i myślę, że żaden fan nie był rozczarowany doborem kawałków do setlisty.

A skoro już mowa o fanach zespołu, to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona kulturą, jaka panowała podczas koncertu. Przyznaję, że dawno nie byłam na żadnym koncercie, ale z tego co pamiętam, zawsze były jakieś przepychanki, awantury i kłótnie. Tym razem niczego takiego nie doświadczyłam. Każdy bawił się na swój sposób, nikt nikomu nie przeszkadzał i nie chciał narzucić swojego sposobu odbierania koncertu. Nie było chamskich przepychanek, ani poszturchiwania łokciami, pogo było tylko w wydzielonym do tego miejscu, a gdy ktoś musiał się przemieścić, to najzwyczajniej przepraszał. Nie wiem, czy to kwestia tego, że nasz naród nauczył się już trochę kultury podczas tego typu imprez masowych, czy może średnia wieku fanów Satyricona jest nieco wyższa. W każdym razie, było to dla mnie miłe zaskoczenie i cieszę się, że mroczna brać potrafi się kulturalnie bawić.

Całość koncertu odebrałam bardzo pozytywnie i żałuję tylko, że tak szybko się skończył. Sigurd Wongraven, jak i cały Satyricon, na zawsze skradli jakiś mały skrawek mojego serca. Już zawsze będę ich słuchać i wspominać z ogromnym sentymentem, gdyż poniekąd jest to zespół, którego muzyka ukształtowała moją osobowość, a to nie byle co. Poza tym, zobaczenie ich na żywo było kolejnym marzeniem z listy życzeń, które udało mi się spełnić w tym roku. Da się? No pewnie, że się da! Wśród zespołów, które pozostały na liście „do zobaczenia przed śmiercią” pozostają jeszcze: Metallica, My Dying Bride i Rammstein. Mam nadzieję, że przy nich, prędzej czy później, też postawię haczyk.

  • Jezu, ledwo co na oczy widze, ale choć jeden wpis musiałam jeszcze dziś przeczytać! I uważaj, bo skomentuję każdy 😀 Na prawdę. Zazdroszczę osobom, które były „diabołkami” w gimnazjum, ja byłam iście anielsko grzeczna. Od niedawna mi się w łebku szuflady pozamieniały. Drugi raz w życiu szczerze mówiąc spotykam się z tym zespołem, dziś przesłuchałam pare kawałków i stwierdzam że chyba polubię te nowsze albumy. Ale! Do nadrobienia to jeszcze jest. Po paru kawałkach nie ma co wykluwać wniosków.
    PS.Co do przystojnego wysokiego Norwega- to po obczajeniu zdjęć z „zamierzchłych czasów” stwierdzam- ta dzisiejsza wersja jest zdecydowanie na TAK !
    PS2- No to widze że mam już kogo zabrać ze sobą na Rammstein! Dołączysz do mojej wesołej ekipy składającej się AŻ ze mnie i mojej koleżanki ^.^`

    Pozdrawiam m/

    • Widzisz, ja byłam diabełkiem w gimnazjum, ale za to Ty teraz nadrabiasz pełną parą i znasz więcej zespołów, niż ja zdążyłam poznać przez te wszystkie lata! W każdym razie, dobrze, że przeszłaś na „ciemną stronę mocy” :))

      Daj znać jak przesłuchasz więcej kawałków Satyricona – które konkretnie Ci się podobają? Chętnie podyskutowałabym z kimś o tym zespole, niestety niewielu moich znajomych słucha tego typu muzyki, więc nie mam z kim dzielić wrażeń 🙁 A widzę, że gust mamy podobny, zarówno pod względem muzycznym, jak i wizualnym 😀

      I trzymam za słowo! Jak tylko Rammstein zdecyduje się zagrać w Polsce to pamiętaj – JADĘ.Z.WAMI!!
      Fajnie, że tu wpadłaś, i że podoba Ci się mój internetowy „ogródek” :))

      Pozdrawiam m/

      • Ciemna strona mocy! o to właśnie! Odniosłam takie wrażenie, że tego typu muzyki dobrze mi się albo bardzo rano, albo wieczorem słucha. Może dlatego, że to nie jest iście gatunek który siedzi w moim serduchu na stałe, a jest gdzieś przelotem. Dam znać, choć w głowie już kiełkuje mi pomysł na napisanie postu właśnie o czymś w tym stylu.

      • Bardzo chętnie przeczytałabym taki wpis na Twoim blogu! Czekam zatem, daj znać jak już napiszesz 🙂

  • Pingback: Podsumowanie miesiąca: PAŹDZIERNIK 2017 – Pod Rudym Lokiem()