Dlaczego warto iść na film „Twój Vincent”

Vincent van Gogh jest artystą wyjątkowo mi bliskim, do którego zawsze czułam jakieś niewytłumaczalne przywiązanie. Galerie, w których wystawiane są jego prace, przyciągają mnie jak magnes, stając się obowiązkową pozycją do odwiedzenia podczas podróży po europejskich stolicach. Siła jego obrazów polega na tym, że podziwiając je, niejednokrotnie ożywają one w moim umyśle. Oczami wyobraźni widzę więc płatek opadający z jednego ze „Słoneczników”, albo przechadzam się uliczkami koło „Tarasu kawiarni w nocy”. Vincent van Gogh potrafi wkraść się do umysłu i oddziaływać na niego, co sprawia, że czuję jakby mnie rozumiał, i co czyni go jednym z najbliższych mi artystów. Dlatego kiedy usłyszałam o filmie „Twój Vincent” i zobaczyłam zwiastun, od razu wiedziałam, że będzie to balsam dla mojej artystycznej duszy.

„Twój Vincent” opowiada historię, która wydarzyła się rok po śmierci kontrowersyjnego artysty. Młody Armand Roulin, syn listonosza, ma za zadanie dostarczyć list pożegnalny, który przed śmiercią pozostawił malarz. Podczas swojej podróży spotyka wielu ludzi, dzięki którym  stopniowo odkrywa i wgłębia się w życie i śmierć  Vincenta van Gogha.

To, co od razu rzuca się w oczy, to wyjątkowa i niespotykana forma filmu. „Twój Vincent” to bowiem pierwszy na świecie film pełnometrażowy wykonany techniką malarską. Aktorzy najpierw odegrali swoje sceny, a następnie całość, wraz z domalowaną scenerią, została przeniesiona na płótna metodą olejną, imitującą styl Vincenta van Gogha. Łącznie namalowanych zostało 65 tysięcy klatek, nad którymi pracowało ponad 120 malarzy z całego świata. Każda klatka i każda sekunda tej produkcji dopracowana jest do najmniejszych detali, co stanowi dowód ogromnego wkładu i zaangażowania osób ją współtworzących.

Historia Vincenta van Gogha przedstawiona jest w sposób ciekawy nie tylko pod względem formy, ale i treści. Podoba mi się, że jako widzowie zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń i wraz z głównym bohaterem wybieramy się w podróż śladami impresjonisty, najpierw do Paryża, a następnie do małej miejscowości Auvers, w której malarz spędził ostatnie chwile swojego życia. Napotykając po drodze całą gamę postaci, poznajemy skrajnie odmienne opinie na temat artysty, równocześnie śledząc wątek jego tajemniczej śmierci. Czy Vincent van Gogh rzeczywiście popełnił samobójstwo? Wszystko wskazuje na to, że tak. Jednak gdzie się podziała broń i płótna, z którymi opuścił swój pokój tego nieszczęsnego dnia? I dlaczego kąt wystrzelenia pocisku wskazuje na udział osób trzecich? Odkrywanie krok po kroku coraz nowszych poszlak sprawia, że film ani przez chwilę nie nudzi, a widz angażuje się w rozwiązanie zagadki (ukłon w stronę scenarzysty za świetnie wykonaną robotę).

Całościowo film jest bardzo dokładnie przemyślany – wszystkie elementy idealnie się zazębiają, tworząc niesamowite zestawienie przepięknych wizualnie „żywych obrazów”, wiarygodnych postaci i ciekawej historii przedstawionej przy pomocy dobrze napisanych dialogów. Całość dopełnia sentymentalna, podkreślająca atmosferę filmu muzyka skomponowana przez światowej klasy kompozytora, Clinta Mansella, kojarzonego przede wszystkim za soundtrack do filmu „Requiem dla snu”. Co więcej, Pani reżyser Dorota Kobiela, zadbała nawet o napisy końcowe, podczas których wyświetlane są obrazy i fakty z życia postaci ukazanych w filmie. Ten bystry zabieg całkowicie spełnił swoją rolę i żaden z widzów nie opuścił sali przed końcem napisów.

Jedyną wadę filmu stanowi fakt, że wyświetlany jest tylko w wersji dubbingowanej. Zatem zamiast pięknej i pasującej klimatem francuszczyzny słyszymy naszą mowę ojczystą (pozbawioną na szczęście głosów Adamczyka i Karolaka). Jaka osoba na ogół preferująca napisy, wolałabym jednak słyszeć Francuzów mówiących po francusku, tym bardziej, że akcja toczy się głównie w małym francuskim miasteczku. Cóż, być może to specjalny zabieg producentów mający na celu zwrócenie całkowitej uwagi widza na formę wizualną w całej jej okazałości?

Jak dla mnie, „Twój Vincent” to film fenomenalny i jedyny w swoim rodzaju. Jak zdradziła Dorota Kobiela w „Wysokich obcasach”, wizja produkcji zrodziła się w jej głowie poprzez wieloletnie zafascynowanie życiem i twórczością van Gogha, oraz  poprzez chęć podzielenia się tą fascynacją z innymi ludźmi. Powiedzmy sobie szczerze – tak dobrze dopracowany film mógł powstać jedynie jako efekt wieloletniej pasji. Ja, jako fanka van Gogha i osoba wrażliwa na piękno sztuki malarskiej, jestem wręcz oczarowana i już szykuję się na ponowne obejrzenie tego filmu. Z całego mojego artystycznego serca – polecam!