Woodstock 2016 oczami żółtodzioba

Minęły już ponad dwa tygodnie od 22. Przystanku Woodstock, a ja dopiero teraz ochłonęłam po tej fali wrażeń i wreszcie jestem gotowa do napisania rzetelnej relacji. W tym roku byłam na Woodstocku po raz pierwszy i szczerze mówiąc, broniłam się przed wyjazdem rękami i nogami.

Dlaczego nie chciałam jechać? Nie będę ukrywać – uwielbiam wygodę, tak jak hobbici uwielbiają swoje małe, przytulne norki. Co innego czytać o wspaniałych przygodach i spaniu pod gołym niebem, a co innego samemu to przeżywać. Lubię zacząć dzień od ciepłego prysznica i kawy, lubię posiedzieć sobie w błogiej ciszy i samotności, a ponad wszystko lubię moje ciepłe, wygodne łóżko. Jadąc na Woodstock musiałam wyrzec się na parę dni tego wszystkiego. Ale, jak to mówią, życie zaczyna się poza strefą komfortu i w czwartek 14 lipca wraz z mym lubym i szóstką znajomych wyruszyliśmy dziewięcioosobowym busem w stronę Kostrzyna nad Odrą.

Wesołym busikiem jechaliśmy z Gliwic około 6h. Gdy dojeżdżaliśmy do Kostrzyna, było już ciemno, ale nie mieliśmy problemu z trafieniem na miejsce imprezy, gdyż z jej terenu unosił się wysoko w niebo snop światła jak z Minas Morgul. Nasza Drużyna Pierścienia dojechała na Woodstock! Pierwsze przeszkody pojawiły się już przy parkowaniu, mianowicie – ugrzęźliśmy w błocie i trzeba było pchać samochód. W deszczu. Gdy już uporaliśmy się z parkowaniem, musieliśmy taszczyć nasze tobołki i szukać jakiegoś przyzwoitego miejsca na obozowisko. W tym pomógł nam jakiś przypadkowo spotkany, dobry człowiek, który zaprowadził nas po ciemku przez las na ustronną polanę. Namioty rozstawiliśmy na planie koła, w centralnym punkcie urządzając kuchnię z grillem.

Prawdziwe zderzenie z rzeczywistością nastąpiło w piątek rano, kiedy naraz we znaki dały się wszystkie negatywne strony Woodstocku. Obudziłam się zziębnięta, niewyspana i wygnieciona – skutek spania w śpiworze pod ciasnym namiotem. Niebo było pochmurne, co jakiś czas padał deszcz. Pojawił się problem z poranną toaletą i umyciem zębów. Co prawda toalet w postaci toi-toi nie brakowało, jednak bijący od nich na kilometr odór był odpychający. Korzystniejszą opcją wydawało się skorzystanie z dobrodziejstw natury. Kolejna sprawa, która wzmogła moją irytację to zbiorowe prysznice z zimną wodą. Oczywiście na terenie Woodstocku znajduje się płatny punkt z kabinami prysznicowymi, gdzie jest ciepła woda (i nawet lepsze toi-toie), jednak kolejka do tego punktu ciągnie się w nieskończoność. Pozostawała opcja wykąpania się na terenie miejskiego ośrodka sportu znajdującego się w centrum miasta, jednak na dojście do centrum trzeba było poświęcić ok. 40 minut drogi (dopiero na drugi dzień odkryliśmy kursujące tam busy). Tak więc dziarsko ruszyliśmy w stronę miasta, w poszukiwaniu sposobności do wykąpania się w ciepłej wodzie.

Powody, dla których ludzie jeżdżą na Woodstock są dwa: atmosfera tej imprezy oraz koncerty; muszę przyznać, że te dwie rzeczy faktycznie zwalają z nóg. Gdy tylko wróciliśmy z wyprawy kąpielowej, powitał nas kolega, który miał do nas dołączyć, i który przytaszczył ze sobą z Berlina parę przesympatycznych Szwedów – Leilę i Björna. Szwedzi rozbili się koło nas i zajadając kiełbaski wspólnie dyskutowaliśmy i żartowaliśmy do późnej nocy. Wspaniały jest fakt, że na Woodstocku nie ma czegoś takiego, jak różnice między ludźmi – nie ważne ile masz lat, jakiej jesteś narodowości, jakie masz wykształcenie, pracę, ile zarabiasz. Na Woodstocku wszyscy są równi, wszyscy się szanują i są dla siebie życzliwi. Czy nie tak powinno być na co dzień?

Woodstock to także czas nowych doznań. Szwedzi poczęstowali nas niewielkimi papierowymi torebeczkami zawierającymi tytoń, które umieszcza się między górną wargą i dziąsłem. Zawartość torebeczki rozpuszcza się pod wpływem śliny i momentalnie oddziałuje na mózg, dając niezłego kopa 😉 Torebeczki różnią się zawartością tytoniu (wersja light, strong) oraz smakiem (póki co moim faworytem jest smak arbuzowy). W trakcie Woodstocku eksperymentowaliśmy z torebeczkami jeszcze parę razy.

Zwieńczeniem każdego dnia są koncerty, na których grają zarówno zespoły znane, jak i mniej znane, polskie i zagraniczne. Zdziwić może fakt, że muzycy nie dostają wynagrodzenia za grę na Woodstocku – robią to charytatywnie, a organizatorzy opłacają tylko ich przejazd i pobyt. Naszymi tegorocznymi faworytami byli: Lacuna Coil, Apocalyptica, Bring Me The Horizon oraz Tarja Turunen. Załapaliśmy się także na Decapitated, który okazał się dla nas ciekawym odkryciem. W festiwalach na taką skalę niesamowita jest atmosfera i jedność, którą stanowią ludzie wspólnie bawiący się na koncercie. Niezwykle wzruszający był gest uformowania ogromnej flagi Francji z kartek, w hołdzie ofiar zamordowanych podczas zamachu w Nicei (tu też wielki szacunek dla organizatorów za tak sprawne zorganizowanie akcji). Same koncerty były nieco krótsze niż w przypadku oficjalnych występów trasowych, akustyka nieco gorsza niż w klubach, no i trzeba się liczyć z tym, że przy takiej liczbie osób część zawsze się przemieszcza, co może przeszkadzać w odbiorze koncertu. Nie mniej jednak, atmosfera tego festiwalu sprawia, że większość mimo wszystko bawi się dobrze. Z pewnością dla samych muzyków możliwość występowania przed taką publicznością także jest niesamowitym przeżyciem.

Ostatniego dnia Woodstocku słońce prażyło tak mocno, jakby chciało wynagrodzić nam te wszystkie deszczowe dni. Dlatego uczulam – jeśli kiedyś będziecie chcieli pojechać na Woodstock, koniecznie weźcie ze sobą nakrycie głowy i olejek do opalania (nas wszystkich spiekło pomimo smarowania się!). Wyjeżdżając z Kostrzyna po Woodstocku trzeba się też liczyć z korkami – my wyjeżdżaliśmy z miasta 2.5h! Osoby przemieszczające się przeludnionymi pociągami też nie miały zbyt komfortowej drogi. Pożegnaliśmy Leilę i Björna, którzy jechali dalej zwiedzić naszą piękną stolicę, a sami po drodze odwiedziliśmy jeszcze Rio de Świebodzineiro i cyknęliśmy sobie fotkę z Jezusem 😉

Im dłuższy czas mija od Woodstocku, tym milej wspominam ten festiwal. Mimo tego, że potwornie narzekałam na błoto, śmieci rzucane gdzie popadnie (ostatniego dnia Woodstock był jednym wielkim wysypiskiem śmieci), syf w toikach i niedogodności związane z kąpaniem, i mimo że już pierwszego dnia chciałam stamtąd uciekać, to teraz cieszę się, że opuściłam moją wygodną hobbicią norkę i tam pojechałam. Spędziłam miło czas w gronie osób, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt, i z którymi połączyły mnie piękne wspomnienia. Z pewnością było to ciekawe doświadczenie, o którym będę mogła długo opowiadać. Czy zdecydowałabym się pojechać drugi raz? Myślę, że mimo wszystko jestem na TAK!

A czy wy byliście już na Woodstocku? Jakie są wasze wrażenia i doświadczenia? Czy może też jeszcze nigdy nie byliście i macie swoje obawy? Dajcie znać w komentarzach!

  • Woodstock to zawsze świetne doświadczanie, jeszcze kiedy masz dobrą ekipę to każdy Woodstock zapamiętasz do końca życia! 😀

  • Ada

    Mając naście lat marzyłam o wyjeździe na Woodstock. Z wiekiem mi przeszło, trochę przeraża mnie wizja dwóch, trzech nocy pod namiotem (po jednej nocy w śpiworze kręgosłup płacze…), a i to że mieszkam za granicą nie pomaga. Mimo to każdego roku, w okolicy odbywania się festiwalu, wizja przyjazdu i zobaczenia wszystkiego na żywo jest bardzo kusząca 😀

    • JEDŹ! Serio, Woodstock trzeba samemu przeżyć, chociaż raz. Faktycznie spanie pod namiotem ssie, ale zawsze można sobie wykupić miejsce na ToiCampie (ogólnie lepsze warunki: ciepłe prysznice, lepsze toiki, więcej miejsca na namiot i mniej ludzi), albo wynająć pokój w mieście – wszystko do zrobienia, a przeżycie niezapomniane 🙂

  • michalplatek

    Dobry tekst. Nie za długi, ale też nie zbyt ogólnikowy. Dobrze tak sobie odświeżyć wspomnienia z Woodstocka 🙂

  • Nasza Drużyna Pierścienia dojechała na miejsce – podoba mi się to określenie! Ja się biję z myślami. Boję się z jednej strony że jestem za sztywną osobą na spanie w namiocie, brak umycia się jako taki mi nie przeszkadza, zębów nie raz się nie myło kilka dnia 😀 Ale wiadomo, jak się nie chce, zawsze znajdzie się tryliony powodów do nie jechania. Najbardziej fascynuje mnie wioska Kryszny z racji że dużo czytam i lubię jako takie Indie. Byłaś w niej, możesz coś o niej powiedzieć jakieś wrażenia?

    • Oj tak! Wioska Kryszny to niesamowicie ciekawe miejsce! Można wziąć udział w prelekcjach i podyskutować z ichniejszymi duchownymi, dowiedzieć się czegoś o religii. Codziennie organizowany jest kolorowy korowód, podczas którego odbywają się tańce i śpiewy. Atmosfera jest mega pozytywna! No i dają najtańsze jedzenie na Woodstocku – za jakąś dychę możesz porządnie się najeść, chociaż przyznaję, że krysznowe specjały nie wyglądają zbyt apetycznie 😀

      Koniecznie wybierz się kiedyś na Wooda! Warto chociaż raz się wybrać i zobaczyć jak tam jest. A dla chcącego nic trudnego – ja codziennie się myłam, chociaż musiałam spędzić trochę czasu w kolejce 🙂